wtorek, 20 marca 2018

"Rozśpiewana Historia 2" Część 70




Prawdziwy kochanek





***Louis***

- Gdzie ona jest? Mówiła, że będzie za godzinę - denerwowałem się. 


Przesunęliśmy łóżko Eleanor pod samo okno, choć dostaliśmy wyraźne instrukcje od pielęgniarki, by tego nie robić. Ktoś cały czas musiał trzymać kable, do których była podłączona Uzdrowicielka, bo nie sięgały tak daleko. Pot lał mi się z czoła z nerwów.


- Spokojnie, na pewno zaraz się pojawi - mówiła łagodnie Perrie, wyglądając niecierpliwie za okno.


- To się musi udać, nie ma innego wyjścia - mamrotała pod nosem pani Kate, zakładając włosy Eleanor za ucho i delikatnie głaszcząc ją po policzku. 


- Czy to nie wpłynie na zdrowie innych pacjentów? - zapytała z wahaniem Jesy. - Głos Jade przed przemianą był w stanie potłuc szkło, a co dopiero teraz?


- Miejmy nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Nie sądzę, aby mogło to wywołać permamentne szkody, najwyżej będą nieco oszołomieni - stwierdziła kobieta.



Wiedziałem, że my wszyscy powinniśmy to lepiej przemyśleć. Powinniśmy to inaczej zorganizować, zminimalizować negatywne konsekwencje i ilość osób zagrożonych nimi. Jednak byliśmy zbyt przejęci faktem, że moglibyśmy odzyskać Eleanor, że moglibyśmy jej pomóc. 



- Chyba ją widzę! - pisnęła z radością Perrie. 


Wszyscy podbiegliśmy do okna oprócz biednej Leigh-Anne, która podtrzymywała kable. Daleko od brzegu, wśród małych, spienionych fal mogliśmy ledwie dostrzec dwie sylwetki. Pomachały nam, ale nie wesoło, lecz ostrzegawczo. Przygotowałem się wewnętrznie na uderzenie.



Nie byłem przygotowany na taki cios. Notoryczny, drażniący, wręcz świdrujący dźwięk wciskał się do mojej głowy ze wszystkich stron. Brakło mi tchu, a nawet przez chwilę wydawało mi się, że zwymiotuję. Nawet nie zorientowałem się, kiedy wszyscy skuliliśmy się, zasłaniając desperacko uszy. 

Wrzask ustał.


Z trudem uniosłem brodę i spojrzałem na łóżko. Eleanor miała otwarte oczy.



- El! - krzyknąłem przez łzy, po czym doskoczyłem do niej na chwiejnych nogach.



Mało nie przewróciłem się przez zawroty głowy, ale nie mogłem dłużej czekać. Tak bardzo, bardzo za nią tęskniłem.


Jej usta ułożyły się tak, jakby wypowiadała moje imię, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. El przeniosła swój zamglony wzrok na panią Kate. Kobieta postrzymywała łzy, ale na daremno. Przytuliła się do córki, trzymając ją opiekuńczo za policzki. El powoli unisoła ręce i delikatnie objęła swoją mamę z trudem. Dziewczyny stały obok, niechcąc przytłoczyć wszystkimi na raz biednej Uzdrowicielki.


- Zadziałało? - Do pokoju wpadł zdyszany Niall, a zaraz za nim Liam oraz Zayn z Ashtonem. Na końcu wolnym krokiem dołączyła uśmiechnięta Angelica.



- Mówiłam wam, że słyszałam zmianę w jej oddechu i rytmie serca - oznajmiła dumnie.


- Damy ci chwilkę z mamą i z Lou, ale muszę iść zawiadomić lekarza - mówiła Perrie, ocierając ukradkiem łzę. - Cieszę się, że wróciłaś.



- Powinniśmy przesunąć łóżko zanim przyjdzie tu lekarz - stwierdził Zayn.



Gdy meble wróciły na swoje pierwotne miejsce, przyjaciele wyszli. Byłem pewny, że zdecydowanie bardziej woleliby zostać, ale nie mogliśmy narażać Eleanor na dodatkowy stres. Z resztą, zrobiłoby się zbyt przytłaczająco.


- Jak się czujesz? - zapytałem czule, próbując się jakoś trzymać. Prawdą było, że emocje rozsadzały mnie od środka i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poza tym, obecność pani Kate mnie krępowała, ale wiedziałem, że miała pierwszeństwo. 



- Rytm serca stabilny, oddech również. Wszystkie funkcje życiowe w normie. Możesz się czuć troszkę zesztywniała, ale to normalne - zapewniła ją pani Kate. - Nie próbuj na razie mówić. - przykazała.



El kiwnęła ostrożnie głową i spojrzała na mnie. Przyglądała się mojej szyi.


- Uratowałaś mnie. Widzisz? Ani śladu. Dziękuję - powiedziałem, klękając obok niej i łapiąc ja za rękę. 



Ścisnęła moje palce delikatnie, pocieszająco. Uśmiechnąłem się.



- Nigdy więcej tego nie rób. - Chciałem zabrzmieć stanowczo, ale nie wyszło mi z tak szerokim uśmiechem. - Kocham cię.


El ponownie przytaknęła i również się uśmiechnęła.


***


***Jade***

W milczeniu przebyłyśmy całą drogę z powrotem. Gdy znalazłyśmy się już w Mistycznej Zatoce i przeszłyśmy parę krętych korytarzy, wpadłyśmy na Anadyomene.


- Gdzie wyście były? 


- Pokazywałam Najpiękniejszej wszystkie wyjścia alarmowe w razie niebezpieczeństwa. Nie rozsądnym by było, gdyby dłużej o nich nie miała pojęcia ze względu na obecną sytuację. - Nadie odpowiedziała, zanim ja chociażby zdążyłam wymyślić kłamstwo. 



Anadyomne popatrzyła krzywo, ale nie była w stanie zaprzeczyć.



- Jakże wspaniałomyślnie z twojej strony. 


- Czy coś się stało? - zapytałam.


- Jaśnie Pani, zgodnie z wczorajszmi nocnymi ustaleniami, dzisiaj odbywa się uroczysty obiad zorganizowany na cześć zaręczyn. Musi się Pani odpowiednio przygotować. Aria czeka na Panią w pokoju. - Anadyomene dygnęła i pośpiesznie znikła nam z oczu.


- Obiad. Zapomniałam - westchnęłam.


- Spokojnie, to akurat będzie ta przyjemna część. Na takie okazje zawsze przygotowują lody - rozmarzyła się Nadie.



Parsknęłam cicho i ruszyłam powoli przed siebie. Chciałam być już w pokoju, by móc zadzwonić do Perrie i się zapytać o zdrowie El. 


- Czy pomiędzy tobą a Harrym wszystko w porządku? - zapytała ostrożnie.



- Nie bardzo. Jest wściekły - ponownie westchnęłam, tym razem znacznie ciężej. - Nie widziałam go od wczoraj.


- Jestem pewna, że potrzebował tylko trochę czasu. Zobaczysz, niedługo wszystko się ułoży. Jade? - Nadie z zaniepokojeniem mnie podtrzymała. - Jade, dobrze się czujesz?


- Tak, tak. Tylko zakręciło mi się w głowie - przytkanęłam, oddychając nieco głębiej, by pozbyć się plam przed oczami.



- Mamu jeszcze trochę czasu, powinnaś się położyć na chwilę - stwierdziła troskliwie. 



- Z chęcią - przyznałam. Byłam okropnie zmęczona.



Nadie zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie w środku znajdowała się Aria oraz Harry. Siostra nabrała z sykiem powietrza, a ja natychmiast się wyprostowałam i od niej odsunęłam. Nie zareagowała, ale wiedziałam, że zdziwiła ją moja reakcja. 



- Jaśnie Pani. - Aria zerwała się z miejsca i dygnęła ze spuszczoną głową.


- Jade. - Harry odecthnął z ulgą.


- Przepraszam was, ale potrzebuję porozmawiać z siostrą na osobności. To pilne - oznajmiłam stanowczo, nie patrząc im w oczy. 


Aria posłusznie dygnęła i wyszła pospiesznie. Harry zrobił krok w moją stronę, ale stanęłam do niego plecami, udając, że szukałam czegoś w komodzie. 


- Perrie dzwoniła, mówiła, że uważają, że syreni krzyk mógłby obudzić El ze śpiączki - powiedziałam.


- Naprawdę? To na co jeszcze czekamy? 


- Już tam byłam. Czekam na telefon od Perrie - odpowiedziałam, ruszając do następnej komody i przeszukując ją dokładnie.


- Rozumiem. - Jego głos był zrównoważony, ale nie mogłam nie zauważyć lekkiego rozczarowania. 


Zamknęłam szufladę i podeszłam do stoliczka nocnego. 


- Czego szukasz? - zapytała niepewnie Nadie.



- Jakiejś tabletki przeciwbólowej. Boli mnie głowa - wymamrotałam, nie zaprzestając poszukiwań.


- Nie znajdziesz ich tutaj. Poślę po siostrę sanitariuszkę - orzekła.


- Nie trzeba, dziękuję. W takim razie się po prostu położę. Obudź mnie na pół godziny przed uroczystością, dobrze? - poprosiłam siostrę. 


Zasunęłam moskitierę z jednej strony, cały czas uważnie ignorując zaniepokojone spojrzenie Harry'ego.


- Oczywiście. - Nadie cicho opuściła komnatę.



- Źle się czujesz? - spytał Amor, zapewne tylko by przerwać dziwną ciszę. 


- Nie spałam poprzedniej nocy. Byłam na naradach - odpowiedziałam neutralnie, ściągając złoty naszyjnik, kolczyki i pierścionki, po czym ułożyłam je na stoliczku obok.


- Czy mogę ci jakoś pomóc? - odezwał się po raz kolejny. 



Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałam, aby sobie po prostu poszedł. Po raz pierwszy jego obecność mnie przytłaczała.


- Nie.



Położyłam się po prawej stronie łóżka i skuliłam, by się nieco ogrzać. Powieki same mi się zamykały, a łomotanie w głowie nie cichło.


- Przepraszam. - Głos Harry'ego wypełnił pomieszczenie. - Przesadziłem wczoraj.



- W porządku. - Kiwnęłam głową, choć nie mógł tego widzieć. Łzy zgromadziły mi się pod powiekami. 


Cisza była tak długa i nieprzenikniona, że myślałam, że opuścił pokój. Zmęczenie wygrało i byłam na skraju zaśnięcia, gdy nagle poczułam, jak materac ugina się pod dodatkowym ciężarem. Przez chwilę to było wszystko, ale później Harry się do mnie przytulił ostrożnie, delikatnie mnie do siebie przyciągając. Nieco mi ulżyło i przynajmniej już nie marzłam, ale ciągle nie znajdowałam w nim odpowiedniego pocieszenia. Coś we mnie cały czas nie dawało mi spokoju.



- Kocham cię, Jade - wyszeptał i pocałował mnie w szyję. 


Sięgnęłam dłonią i przytrzymałam go, wplatając palce w jego włosy. Dopiero wtedy się rozluźniłam w jego objęciach. 


- Ja ciebie też - wzynałam, odchylając głowę. 


Trwaliśmy w tej pozycji póki nie zasnęłam.


***


- Jade, kochanie.



Zerwałam się wystraszona. Śniło mi się, że tonęłam i teraz nie mogłam nabrać oddechu.


- Hej, spokojnie. - Harry dotknął czule mojego ramienia i spojrzał mi uważnie w oczy. - Wszystko w porządku?


- Tak, tak - wymamrotałam, wyplątując się z jego objęć i ruszyłam pośpiesznie do łazienki. 



Znów było mi niedobrze, a nie chciałam zwymiotować na dywan.



- Na pewno? - zawołał Harry zza drzwi, ale nie przekroczył progu, choć były uchylone. 



Nabrałam parę głębszych wdechów i postarałam się skupić na jakiejś konkretnej melodii. To zawsze mnie uspokajało oraz odciągało myśli. Na szczęście, żołądek się uspokoił. Wyprostowałam się i podeszłam do zlewu, gdzie przepłukałam twarz zimną wodą. 



- Na pewno - odpowiedziałam już w pełni opanowana i opuściłam łazienkę.



To wszystko przez stres, ostatnio po prostu osiągnął maksimum i w taki sposób na to reagowałam. To naturalne. Nie jadłam też ostatnio za dużo, nie sypiałam prawie w ogóle. Muszę się za siebie wziąć, bo inaczej długo tak nie pociągnę.



- Wyglądasz blado ostatnio - stwierdził Amor, przyglądając mi się.


- To przez brak snu. - Wzruszyłam ramionami.



Dopiero teraz zauważyłam obecność Nadie oraz Arii w komnacie. 


- Obiad za pół godziny, Jaśnie Pani - poinformowała mnie dziewczyna, kłaniając się. 


- Oczywiście. Już się szykuję. - Pokiwałam głową, zbierając się w sobie na kolejne starcie z obecną sytuacją. Zemdliło mnie natychmiast, ale tylko trochę. Przełknęłam ślinę.


- Przygotowałam specjalną sukienkę z okazji zaręczyn. Proszę za mną. - Aria skierowała się do garderoby, a ja powstrzymałam z trudem westchnięcie. 



Po dwudziestu minutach byłam gotowa. Delikatnie szara, bufiasta spódnica była bardzo rozłożysta i nieco dłuższa z tyłu. Sięgała mi nieco za kolana. Do tego śnieżno biały top z głębokim dekoltem i odkrywający ramiona. Odmówiłam założenia nowej biżuterii i w zamian zawiesiłam na szyi podarek od Harry'ego - rubinowe serce opatulone brudnozłotymi skrzydłami. W zamian założyłam kolczyki, które proponowała Aria oraz bransoletkę, a także pierścionek z czerwonym oczkiem. Syrena podkręciła mi starannie włosy i nałożyła czerwoną pomadkę na usta.


- Jade, masz chwilkę? - zapytała Nadie.



Po tonie jej głosu rozpoznałam, że nie spodoba mi się to, co ma mi do powiedzenia.


- Słucham? - Popatrzyłam na nią zaniepokojnona, podczas gdy Aria kończyły poprawki przy mojej fryzurze.



- Chodzi o Harry'ego. Bardzo mi przykro to mówić, ale... ale chyba lepiej będzie jak wróci do South Shields - oznajmiła tak, jakby chciała to już mieć za sobą.


- Tak, wiem. Już mu to mówiłam - westchnęłam.



- Tylko teraz to jest nieco poważniejszy problem. Jeśli będziesz z nim widziana, Errdiel zwątpi w przyjęte oświadczyny i zacznie coś podejrzewać.



- Masz rację. - Wbiłam wzrok w złotą spinkę do włosów, która leżała przede mną. 


- Nigdzie nie idę. Nie muszę wychodzić poza tą komnatę, naprawdę, ale nie zostawię cię tu samej - odezwał się Harry, który musiał podsłuchać naszą rozmowę.



- Ale... - zaczęłam, lecz mi od razu przerwał.



- Nie. Słyszysz? Nie ma mowy. Zostanę tu, choćby nie wiem co. Nie będziesz wychodziła za mąż, beze mnie, zrozumiano? Nawet, jeśli to nie ja jestem panem młodym - oznajmił przekonująco. 



Spojrzałam z trudem na Nadie.



- Czy jak tu zostanie, będzie bezpieczny? 



- Cóż, twoja komnata to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Mistycznej Zatoce. Jeśli miałby tu zostać, to nikt nie powinien o tym wiedzieć - westchnęła ciężko.



- Ja nie pisnę ani słowa. Mogę przynosić do komnaty cokolwiek bez żadnych podejrzeń, jestem do tego upoważniona, także nie będzie problemem dopilnowanie, aby wszystko było w porządku - zapewniła Aria, o której obecności, szczerze mówiąc, zapomniałam.


- Za każdym razem, jak ktoś będzie tu wchodził, masz się chować w szafie, jasne? - zastrzegłam, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. 


- Niczym prawdziwy kochanek - wyszczerzył się. - W jakiś sposób podoba mi się to.


Pokręciłam głową, śmiejąc się. Aria skończyła swoją pracę i zaczęła mnie prowadzić do drzwi.



- Uważaj na siebie - powiedziałam do Harry'ego, zanim opuściłam komnatę.



- Ty również. Przynieś mi coś dobrego. - Mrugnął do mnie, nim drzwi się zatrzasnęły.

__________________________________________________


Cześć! 

Zgadnijcie, kto dostał pracę! Także zapraszam do Subwaya, może jak się uśmiechniecie dostaniecie ode mnie kanapkę ;p
Także teraz studiuję i jednocześnie pracuję. Mam dość :)) 


Mam mocne postanowienie zakońćzenia RH w te wakacje, także nie zrażajcie się brakiem rozdziałów, bo dostaniecie je już niedługo! Jeszcze tylko troszkę, obiecuję x



Komentujcie!

N.x

czwartek, 8 lutego 2018

"Rozśpiewana Historia 2" Część 69


Wesołych świąt



***Angelica***
- Dzień dobry - usłyszałam głos tuż obok swojego ucha. 

Uśmiechnęłam się leniwie i obróciłam w stronę chłopaka.

- Dzień dobry - odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

- Jak się spało? - spytał i choć na niego nie patrzyłam, wiedziałam, że się szczerzył jak głupi do sera.

Zignorowałam potrzebę wywrócenia oczami.

- Czy my w ogóle spaliśmy? - Przygryzłam wargę i ściągnęłam brwi, udając zamyślenie.

- Może z godzinkę - zaśmiał się Liam.

Położyłam dłonie na jego nagiej klatce piersiowej i przesunęłam wzrokiem wzdłuż, aż nasze spojrzenia się spotkały. Liam bawił się moimi włosami rozrzuconymi po poduszce.

- To była dobra godzina. - Uśmiechnęłam się z satysfakcją i ponownie przygryzłam wargę. 

- Jeszcze nigdy tak dobrze nie spałem - przyznał, stykając nasze czoła, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Drugi raz w ciągu dwudziestu czterech godzin niemal popłakałam się ze szczęścia, że mogłam poczuć to cholernie przyjemne doznanie, jakimi były motyle w brzuchu. Nigdy bym nie pomyślała, że emocje były tak nieziemsko rozkoszne.

Złączyłam nasze usta w zachłannym pocałunku. Liam przyciągnął mnie do siebie bliżej, ale to ciągle było za daleko i nim się obejrzałam, już znajdowałam się na nim. Jego ręce gładziły moje plecy, jego dotyk był niczym narkotyk. Całowałam go po szyi, po ramionach, po piersi zupełnie pogrążona w potęgowaniu doznań.

- Liam, mógłbyś pożyczyć mi ładowarkę, bo ja właśnie popsułem kabel i... - Niall nagle urwał osłupiały, wpatrując się w naszą dwójkę. - O mój Boże.

W wampirzym tempie zeskoczyłam z Liama i okryłam się szczelnie kołdrą. Usiadłam wygodnie na łóżku i poprawiłam włosy.

- Cześć, Niall. - Uśmiechnęłam się jak gdyby nigdy nic i zatrzepotałam niewinnie rzęsami.

Blondyn wydukał coś podobnego do połączenia wyrazów "cześć" i "dzień dobry": czedobry.

- Ładowarka jest na stoliku pod ścianą - oznajmił Liam, próbując się schować pod kołdrą, którą mu zabrałam.

- D-dzięki - wymamrotał Niall, sięgnął po ładowarkę i wpadł na ścianę, próbując opuścić jak najszybciej pokój. 

- Żyjesz? - zapytałam, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

- Perrie dzwoniła, że zaraz będzie świąteczne śniadanie gotowe w domu El. Lepiej się pośpieszcie, jeśli chcecie zdążyć - mruknął, wychodząc.

- Spotkamy się z wami w szpitalu, jedzcie bez nas! - zawołałam za nim.

- Szczerze mówiąc, jestem głodny - zaśmiał się Liam.

- Ja też, ale nie narzekam. - Uśmiechnęłam się prowokująco, ukazując kły.

Liam od razu mnie pocałował i pierwszy raz od tylu lat poczułam się w pełni akceptowana.

***

- Hej, wesołych świąt. - Uśmiechnęłam się do wszystkich, którzy przebywali w sali szpitalnej Eleanor.

- Wesołych świąt - odpowiedziała mi Leigh-Anne. 

Zaraz za jej plecami znajdował się Ashton i przez sekundę wydawało mi się, że widziałam zamiast nich Jade i Harry'ego. Coś w ich zachowaniu było łudząco podobne. 

- Znów się szwendaliście gdzieś po nocy? Czy może skakaliście z budynków? - parsknęła Perrie. - Przegapiliście śniadanie.

- Hej, wtedy tylko Angel skakała - sprostował Liam. 

Uderzyłam go w bok, na co syknął z bólu. Ups, wampirza siła.

- Jak Eleanor? Jakakolwiek poprawa? - spytałam, zaglądając w jej kartę, która wisiała na łóżku i ignorując znaczące spojrzenie Nialla.

- Niestety nie. Ale nie jest też gorzej, także chociaż to - westchnęła ciężko pani Kate, która siedziała na krześle najbliżej łóżka.

- Szkoda, że Jade tutaj nie ma - stwierdziłam, wpatrując się w bladą, matową twarz Uzdrowicielki. 

Śpiączka dla Uzdrowiciela wcale nie była dobra. Jeżeli nie obudzi się w przeciągu tego tygodnia, oznaczało by to, że już nigdy nie będzie w stanie. 

- Co masz na myśli? To znaczy, oczywiście, że nam z tego powodu przykro, ale tobie chyba nie o to chodzi, prawda? - dopytywała się Jesy.

- Skrót myślowy, wybaczcie. Pomyślałam, że mogłaby użyć syreniego głosu. Jest tak przenikliwy, że jestem pewna, że obudziłby każdego. - Wzruszyłam ramionami. 

Pani Kate zerwała się z krzesła i spojrzała na mnie w szoku.

- Masz rację. Głos Jade mógłby faktycznie zadziałać - powiedziała, wyglądając jakby analizowała w głowie wszystkie za i przeciw.

- Ale Jade jako Najpiękniejsza może wychodzić z wody tylko w pełnię - przypomniał smutno Niall.

Pani Kate machnęła ręką.

- Głos Najpiękniejszej jest potężniejszy niż myślicie. Słychać go nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów pod wodą, a około ponad dwóch na lądzie.

- Czyli na co jeszcze czekamy? Dzwońmy do Jade! - krzyknął niecierpliwie Louis. 

- Już, już - mruknęła Perrie i trzęsącymi się rękami wybrała numer.

***

***Jade***
- Najpiękniejsza powinna przyjąć oświadczyny - oznajmiła Minister Sprawiedliwości. - To zapewni nam pokój.

- Uważam, że to wcale nie poprawi naszej sytuacji. Staniemy się niewolnicami Wodników w momencie, kiedy król Errdiel otrzyma to, czego chce - stwierdziła Anadyomene.

- Zgadzam się - poparłam ją entuzjastycznie. Nawet nie chciałam myśleć o przyjmowaniu propozycji Errdiela.

- Powinniśmy kontynuować nasze plany odnośnie zasadzki w Kotlinie Wichrów. Mamy coraz mniej czasu na dopracowanie szczegółów - przypomniała inna syrena.

- A gdyby Najpiękniejsza udała, że przyjmuje zaręczyny? Zebrałybyśmy wtedy wszystkich Wodników w Kotlinie, bo ich obowiązkiem jest obecność na ślubie króla, lecz z pewnością na zwykłej koronacji Najpiękniejszej nie pojawią się tak licznie. Nasze szanse znacznie wzrosną, by raz na zawsze zakończyć wojnę - zaproponowała z dumą Minister Sprawiedliwości.

Zdecydowana większość syren poparła żarliwie ten pomysł. Ich wzrok utkwił we mnie, a ja zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Zamurowało mnie.

- Kto jest za tym pomysłem? - spytała Minister, nie zważając na moją odpowiedź.

Niektóre ręce szybciej, inne nieco wolniej uniosły się w górę. Nawet Anadyomene nieśmiało poparła tę inicjatywę. Poczułam ciężar, który niemal przygwoździł mnie do krzesła. Nie mogłam oddychać, a do oczu napłynęły mi łzy.

Uniosłam rękę.

- Wspaniale! Sporządzę list z pozytywną odpowiedzią. Wyślę go jeszcze tego dnia. Zamiast koronacji odbędzie się ślub. Dzisiaj na uroczystym obiedzie ogłosimy zaręczyny - mówiła podekscytowana Minister. - Obradę uważam za zakończoną.

Syreny zaczęły klaskać i skromnie dygać zanim odeszły od stołu. Sala pustoszała, a ja się ciągle nie mogłam ruszyć z miejsca.
Miałam narzeczonego i nie był nim Harry. 
Nawet jeśli była to tylko pułapka, nawet jeśli było to tymczasowe i nieprawdziwe, bolało oraz pozostawiało niesmak.

- Wybacz, Jade. Myślę, że rozumiesz, że nie mamy innego wyjścia. - Anadyomene położyła dłoń na moim ramieniu. - To dla dobra naszego rodu. Musisz się poświęcić jako Najpiękniejsza. Na twoim miejscu zrobiłabym dokładnie to samo.

- Tak. Oczywiście - przytaknęłam, wpatrując się tępo w blat pustego stołu.

- Nie stanie ci się żadna krzywda. Prawdopodobnie nie będziesz nawet musiała widzieć Errdiela przed ślubem - mówiła pocieszająco.

- Prawdopodobnie? - zapytałam podejrzliwie.

Anadyomene westchnęła ciężko, po czym przysiadła na krześle obok mnie.

- Stara tradycja Wodników nakazuje, aby przyszli państwo młodzi razem przymierzali stroje do ślubu. Od kilkudziesięciu lat Wodnicy nie urządzali zbyt hucznych wesel, także jest szansa, że nie będą cię zobowiązywać do tej tradycji. Jednak musisz być przygotowana, jeśli poproszą cię o przymiarkę sukni w obecności Errdiela.

- A gdzie jest haczyk? - Wywróciłam z irytacją oczami.

Zwykłe przymierzanie strojów? Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że nie było w tym nic, czego mogłabym się obawiać. Po Wodnikach już wiedziałam, że można się spodziewać najgorszego, a i ton Anadyomene mi podpowiadał, że coś mroczniejszego się skrywało w jej słowach.

- Haczyk jest do zniesienia - stwierdziła, patrząc mi prosto w oczy.

Jej mina przypominała mi tą dawną władczynię, kiedy była jeszcze pozbawiona emocji. Obojętna, chłodna, niczym wykuta z kamienia.

- To dlaczego mi od razu nie powiesz, o co chodzi? - Wstałam z miejsca, nie mogąc dłużej siedzieć i nic nie robić.

Ruszyłam w stronę wyjścia, a Anadyomene stąpała mi po piętach.

- To przyszły małżonek wybiera krój oraz kształt sukienki. Ty nie masz nic do powiedzenia w tym temacie - poinformowała mnie.

- I to tyle? - parsknęłam.

- W czasie całego procesu szycia, para wymienia się nawzajem zapewnieniami o wiecznej miłości.

Zwolniłam kroku. Znów robiło mi się niedobrze.

- Dam radę. Tylko dopracujcie nasz plan tak, abyśmy były przygotowane na każdą możliwą sytuację. - Spojrzałam Anadyomene twardo w oczy.

- Oczywiście, Jaśnie Pani. - Ukłoniła się. Już miała odejść, ale odwróciła się w moją stronę. - Wiedziałam, że gdzieś tam w głębi kryje się w tobie prawdziwa syrena.

Nim zdążyłam ją zapytać, co to miało znaczyć, znikła za zakrętem. Pokręciłam bezsilnie głową i skierowałam się do swojej komanty. Mimo, iż wiedziałam, że nie będzie tam Harry'ego, miałam cichą nadzieję, że może się myliłam. 
Znów dręczyły mnie mdłości.


***

Nagle usłyszałam ciche brzęczenie telefonu. Odetchnęłam ciężko i wstałam ostrożnie na równe nogi, testując czy mnie uniosą. Spłukałam wodę i ruszyłam w poszukiwaniu komórki. Dopiero po chwili sobie uświadomiłam, że przecież jej nie miałam, zapewne leżała gdzieś na dnie obok tej ogromnej skały, gdzie po raz pierwszy wpadłam do wody. 
Szłam więc za odgłosem klasycznego dzwonka, aż w końcu odkryłam telefon stacjonarny, który się znajdował na komodzie w rogu pokoju. 

- Halo? - Mój głos zabrzmiał jeszcze słabiej niż się spodziewałam. Odchrząknęłam, zebrałam się w sobie i powtórzyłam nieco głośniej. - Halo?

- Jade? - usłyszałam znajomy głos. Łącze jednak było słabe, przez co źle rozpoznałam rozmówcę.

- Jesy?

- Nie, to ja, Perrie. Słyszysz mnie? Mam ważną wiadomość - mówiła.

- O nie, Eleanor...? - urwałam, nie będąc w stanie wypowiedzieć tych słów. 

Poczułam, że supeł w moim żołądku się jeszcze bardziej zacieśla.

- Nie! El żyje. Chciałam powiedzieć, że chyba wiemy, jak ją wybudzić ze śpiączki. Ty to możesz zrobić.

- Ja? - zapytałam, nie dowierzając.

- Tak. Pani Kate mówi, że twój syreni głos jest w stanie dotrzeć do El. Spróbujesz? - Nie byłam pewna, czy dobrze rozumiałam, bo większość wyrazów była zniekształcona.

- Jak? Nie mogę wyjść na ląd, nie ma pełni - zauważyłam ze smutkiem. - Przypłyniecie tu z nią?

- Nie możemy jej odłączyć od aparatury, ale uważamy, że jeśli odpowiednio głośno krzykniesz z morza obok plaży, przy której jest szpital, to powinno wystarczyć. - Mimo wszystkich zakłóceń mogłam usłyszeć nadzieję i radość w jej głosie. 

- Będę za około godzinę. Postarajcie się, aby nie było nikogo na plaży w okolicy, dacie radę to zrobić? - spytałam, zaciskając dłoń w pięść. Paznokcie wbiły mi się w skórę.

- Oczywiście. Czekamy - zawołała radośnie.

- Uściskajcie ją ode mnie, jak się obudzi, dobrze? - poprosiłam, czując łzy na policzku. Starłam je czym prędzej.

- Sama to zrobisz, jasne? Prędzej czy później. Będziemy na ciebie czekać - mówiła z przekonaniem.

Rozłączyłam się i rozejrzałam po pokoju. Jak ja się stąd niepostrzeżenie wydostanę?
Rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła Nadie.

- Jade? Tak mi przykro, właśnie się dowiedziałam o zaręczynach i... - Nadie podeszła do mnie czym prędzej i objęła.

- Nie mam na to czasu - przerwałam jej. - Z resztą nawet nie chcę o tym słyszeć. Pomożesz mi się stąd wydostać?

- Chcesz uciec? - Odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie z osłupieniem. Widziałam urazę w jej oczach. - Jako Najpiękniejsza twoim obowiązkiem jest...

- Nie będę uciekać. - Ponownie weszłam jej w słowo. - Wiem, sama chciałam być Najpiękniejszą i to są konsekwencje mojej decyzji. Przyjmę je, ale teraz bardzo pilnie muszę się znaleźć obok szpitala. Ponoć krzyk syreny może obudzić Eleanor.

Patrzyłam na nią z nadzieją, gotowa wyciągnąć kolejne argumenty, ale Nadie nawet się nie zastanawiała.

- Chyba wiem, którędy uda nam się niepostrzeżenie wymknąć.
______________________________________________________

Hejka!
Mamy #Langelica ! Mamy #Jadiel ! (hehe) Mamy #Elounor ! (no prawie hehe) x niebijciepls x

Pytanko do Was: wolicie, aby rozdziały były dodawane tak nieregularnie jak teraz, czy określić konkretny dzień tygodnia i co drugi tydzień dodawany będzie wtedy rozdział? Dajcie mi znać!

N.x

wtorek, 30 stycznia 2018

"Rozśpiewana Historia 2" Część 68


Oświadczyny



***Jade***
- Że co takiego? - wypaliłam zupełnie oszołomiona.

Podeszłam do Nadie w ekspresowym tempie i chwyciłam kartkę. Eleganckim, odręcznym pismem wypisana została wiadomość:

,,Jade Amelio Thirlwall, Najpiękniejsza wśród najpiękniejszych, najsilniejsza wśród najwdzięczniejszych. 
Twe oblicze skruszyło lód, którym skute było me serce. Twe spojrzenie ogrzało me zziębnięte lica. Twój uśmiech obudził we mnie uczucie, którego nigdy przedtem nie doświadczyłem. Twe piękne ciało, o bogini, odcisnęło swe piętno w mej pamięci. 
Słaniam się przed Tobą, o moja Pani. Błagam wszystkich bogów, abym mógł jeszcze raz oddychać tym samym powietrzem, co najpiękniejsza kobieta w tych niezmierzonych wodach. Odliczam dni do naszego ponownego spotkania, bo każdy oddech bez Twojej obecności obok już mnie nie zaspokaja. Nie chcę tak żyć, pragnę oddychać z Tobą, pragnę czuć tylko Ciebie, pragnę otaczać się Twoją wonią już na zawsze. 
Dlatego, o moja perło najcenniejsza, kłaniam się przed Tobą, prosząc o Twoją rękę. Niczego innego na tym świecie nie pragnę, jak posiąść Najpiękniejszą wśród najpięknieszych, najsilniejszą wśród najwdzięczniejszych. 
Jego Najjaśniejsza Wysokość Król Errdiel Alwin Dyffros Morlynn II"


- O Boże - wyjąkałam, czując zawroty głowy.

Zrobiło mi się niedobrze, poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Szybko pobiegłam do łazienki i zwróciłam. Było mi słabo, obraz zupełnie znikł, otaczała mnie ciemność. Czy to był atak paniki? Moim ciałem wstrząsnęły konwulsje i po raz kolejny pochyliłam się nad ubikacją z masy perłowej. Co się właściwie, do cholery, stało?

Ktoś zebrał mi włosy i przytrzymał w górze, gdy mdłości nie ustępowały. Nadie trzymała mi rękę na plecach, zapewniając o swojej obecności.

- Wszystko będzie dobrze, Jadie - powiedziała, ale zamiast jej, usłyszałam głos mamy. 

- Chyba zemdleję - wymamrotałam. 

- Tylko spokojnie. Oddychaj. Już jest dobrze - mówiła łagodnym tonem. 

Następne pół godziny spędziłam w łazience, obawiając się kolejnego napadu mdłości. Nadie zrobiła mi zimny okład na czoło oraz kark. Zawiadomiła również Lori o moim złym samopoczuciu, przez co nie mogłam wziąć udziału w naradzie, która planowana była na wieczór.

- Czy Harry to przeczytał? - spytałam, trzęsącym się głosem. 

- Tak mi się wydaje - odpowiedziała po chwili. 

- Gdzie teraz jest? - zadałam kolejne pytanie. 

Musiał się czuć potwornie... 

- Nie wiem, wyszedł - westchnęła smutno Nadie.

Wyszedł?

***

***Leigh-Anne***
Zamknęłam księgę zaklęć nieco gwałtowniej niż zamierzałam. Nic na temat śpiączki, wybudzania, leczenia. Z jednej strony spodziewałam się tego, ale z drugiej liczyłam, że może los się do mnie uśmiechnie. Niestety, czarownice nie umiały leczyć nawet magią. 

- Hej. - Do sali szpitalnej zajrzał niepewnie Ashton. - Już zbliża się północ. Perrie dzwoniła, mówiła, że nie odbierasz telefonu.

- Oh, wyciszyłam go - przypomniałam sobie, wyciągając urządzenie. - Co chciała?

- Upewnić się, że z wami dobrze. Louis od dawna śpi? - spytał, wskazując głową na Śpiewaka, który pół-leżał na łóżku El, pół-siedział na swoim krześle.

- Od jakiejś godziny. Nie chciałam go budzić, jest wyczerpany - odpowiedziałam, zerkając z troską na przyjaciela.

Ashton przysunął sobie cicho krzesło i usiadł obok mnie. Oboje zapatrzyliśmy się na bladą twarz Eleanor. 

- Piękne, nieprawdaż? - stwierdził z melancholią. - To się nazywa prawdziwa miłość, prawdziwe poświęcenie.

- Tak, masz rację. Nie mogę uwierzyć, że to się musiało przytrafić właśnie im. - Pokręciłam ze smutkiem głową, po czym wbiłam wzrok w palce.

- To zabrzmiało jak poczucie winy - zauważył z zaskoczeniem, przyglądając mi się badawczo.

Zagryzłam wargę, czując gulę w gardle. 

- To mogłabym być ja. Czemu nie mogłam to być ja? - Pytanie skierowałam do pustki. - Wtedy nikt by nie cierpiał.

Myślami wróciłam do pamiętnej nocy, kiedy zdecydowałam się wykonać rytuał. Nie miałam nikogo, oprócz przyjaciółek. Dla Jade zrobiłabym wszystko, nie żałowałabym tego. Nie było osoby, którą tak namacalnie dotknęłaby moja śmierć. Dlaczego zawsze cierpiała osoba, która była tak bardzo potrzebna drugiej, bez której nie mogłaby żyć dalej?

- Leigh, nie mów tak. Nie widzisz, ilu osobom na tobie zależy? - Ashton przysunął się nieco bliżej, a jego spojrzenie wywiercało mi dziurę w brzuchu. 

Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.

- Oczywiście, że widzę. Ale wiem, że po mojej śmierci ruszyliby dalej. Tymczasem, gdy umiera jedna osoba z pary, zabiera ze sobą ogromną część tej drugiej. Rozumiesz, o co mi chodzi? Eleanor ciągnie za sobą Louisa, Louis ciągnie za sobą Eleanor. Jade umiera, umiera i Harry, a także na odwrót. Jestem pewna, że gdyby Pezz coś się stało, Zayn skoczyłby za nią. Niall tonie, Nadie razem z nim. A ja? Gdybym stanęła w płomieniach, spłonęłabym tylko ja, zero dodatkowych, niepotrzebnych ofiar. 

- Nie byłbym tego taki pewien - stwierdził z przekąsem.

- Skąd możesz to wiedzieć? - W końcu podniosłam na niego wzrok. Szukałam odpowiedzi w jego oczach, ale się speszył i odwrócił wzrok.

- Nie wiem, nie sądzisz, że gdzieś tam jest osoba, która na ciebie czeka? - spytał, odwracając głowę w stronę okna. 

Zapatrzyłam się na chwilę w słabo widoczne gwiazdy i dokładnie połowę tarczy księżyca. Piękna noc.

- Może - westchnęłam nieprzekonana. Nie chciałam ciągnąć tego tematu, był zbyt drażliwy. 

Jednak Amor się nie poddawał.

- Naprawdę nie pociesza cię myśl, że gdzieś tam jest twój Przeznaczony? 

- Przeznaczony? - zaśmiałam się cicho, uważając by nie obudzić Louisa. - Nie jestem taką szczęściarą. 

- Doprawdy? - prychnął, uśmiechając się w dziwny sposób pod nosem.

- Ash? Czy ty coś wiesz, o czym ja nie wiem? - spytałam podejrzliwie. 

Amor pobladł nieznacznie.

- Co masz na myśli?

Przełknęłam nerwowo ślinę. Czy... Czy warto robić sobie nadzieję? Czy zniosę ból, który nadejdzie wraz z kolejną porażką? 
Odetchnęłam niespokojnie i zebrałam się w sobie.

- Czy gdzieś jest osoba mi przeznaczona?

- N-nie mogę ci powiedzieć - oznajmił niepewnie.

- Czemu? - oburzyłam się. Chwila, chwila... Czyli taka osoba była?

- Bo... Bo naruszyłbym zasady - stwierdził.

- Zasady? - powtórzyłam sceptycznie. - Harry jakoś nie kierował się żadnymi zasadami. Mów, Ashton.

Skrzywił się.

- Ta osoba prosiła, żebym nie mówił - westchnął w końcu. 

- To nie sprawiedliwie, kto to jest? Chcę wiedzieć! - marudziłam niczym małe dziecko.

Miałam Przeznaczonego. Naprawdę miałam Przeznaczonego. Nie mogłam w to uwierzyć! Czyżby to wyjaśniało moje ciągłe niepowodzenia miłosne? Bo musiałam czekać na tego jedynego?

- To nie takie proste. Ta osoba wie, co czujesz do Nialla i chciała ci dać odrobinę czasu na uporanie się z tym. Tak będzie rozsądniej - powiedział stanowczo.

- Skoro mam Przeznaczonego, to czy kiedykolwiek to, co czułam do Nialla, było prawdziwe? - spytałam, sama gubiąc się w tym wszystkim.

- Oczywiście, że tak. Wszystko, co czujesz, jest prawdziwe. Czasami może ci się tylko wydawać, że jest nieco poważniejsze niż myślisz - rzekł jak na wzorowego Amora przystało. 

- To co mam teraz zrobić? - Oparłam z frustracją głowę o ręce.

Jeszcze nigdy nie byłam taka niecierpliwa! Już się nie mogłam doczekać, aż go spotkam. 

- Poczekaj - zaśmiał się cicho Ashton. - Czas leczy rany, niedługo ta po Niallu zniknie, a wtedy będziesz gotowa.

- Czyli on mnie zna, tak? Jak się dowiedział o mnie? Kiedy z nim rozmawiałeś? Opowiedz mi o nim! - poprosiłam, łapiąc go za rękę.

Coś jakby niewidzialna iskra zsunęła się z mojej dłoni wprost do jego. Było to nadzwyczaj dziwne uczucie, mrowiące, ale w niewytłumaczalny sposób fascynujące. Przedtem coś podobnego zdarzyło się w sklepie. Cofnęłam natychmiast rękę.

- Jejku, przepraszam. Poczułeś to? Chyba magia mi się wymyka z pod kontroli przez to ciągłe zmęczenie. - Posłałam w jego stronę przepraszający uśmiech. 

- Nic się nie stało. To było całkiem... przyjemne - stwierdził z zaskoczeniem. - Jak to zrobiłaś? 

- Nie mam pojęcia, po prostu cię dotknęłam. - Wzruszyłam ramionami i spróbowałam jeszcze raz.

Tym razem znacznie wolniej zbliżyłam swoje palce do jego. Ciepło od razu napłynęło do miejsc, w których się stykaliśmy i zaczęło delikatnie mrowić, nawet pulsować. Byłam tak pochłonięta badaniem tego zjawiska, że nawet nie zauważyłam, kiedy splotłam nasze palce. Działało to jak magnes, przyciągało odczuwalnie, ale nie mocno. Jego skóra była miękka i delikatna w dotyku. Z zaskoczeniem uznałam, że nasze dłonie pasują do siebie perfekcyjnie. 

Poczułam wypieki na twarzy. Powoli uniosłam głowę i napotkałam niepewny wzrok Ashtona, który wpatrywał się we mnie przez cały ten czas. 

- To ty - powiedziałam zaskoczona.

- Mocno rozczarowana? - Uśmiechnął się gorzko.

Zupełnie zaniemówiłam. Starłam się pojąć, jak to się stało, jak się czułam, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Wcześniej nie zwracałam na to zbytniej uwagi, bo byłam zbyt zajęta nienawidzeniem Nadie i ukrywaniem swojej aury przed Niallem, ale Ashton zawsze był gdzieś w tle, przyglądając mi się łagodnie. Przed oczami stanęły mi te wszystkie chwile, kiedy był obok, a ja tego nie zauważałam. Przecież wysyłał tyle sygnałów! Te spojrzenia, nieśmiałe uśmiechy, ciągła próba pomocy we wszystkim, co robiłam. A ja, głupia, się nie domyśliłam.

- N-nie, ale... - wydukałam w szoku, lecz dalsza część zdania nie złożyła mi się w całość.

Ashton jako pierwszy zerwał nasz intensywny kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się skromnie.

- Nie zabrzmiało to przekonująco.

- Przepraszam, ja po prostu nie rozumiem - westchnęłam bezradnie. - Myślałam, że jak Amor i osoba mu przeznaczona się spotykają to... No nie wiem, od razu wiedzą, czują to, czy coś.

- Bywa i tak, ale znacznie rzadziej uderza to w nich jak grom z jasnego nieba. Zazwyczaj jest tak, że Amor wie od razu, a Przeznaczona pozostaje w nieświadoma - wytłumaczył, ostrożnie wyciągając swoją dłoń z mojego uścisku.

Poczułam lodowate zimno.

- Czemu mi nie powiedziałeś? - zapytałam.

- Już ci mówiłem. Bo nie byłaś gotowa. Chciałem zaczekać. - Wzruszył ramionami.

Wydawał mi się w tym momencie taki nieporadny, onieśmielony do granic możliwości. Zupełne przeciwieństwo pewnego siebie Amora, łamacza serc. Zaskoczyło mnie to, jak złe i nietrafne były te stereotypy. 

- To... piękne - odezwałam się po dłuższej chwili ciszy.

- Co? - zdziwił się i spojrzał na mnie.

- To, że przekładałeś mnie i moje sprawy nad swoje szczęście. Nawet sobie nie wyobrażam, ile silnej woli to od ciebie wymagało. Cierpliwie czekasz na swój moment - oznajmiłam, kładąc ponownie swoją rękę na jego ramieniu.

Tym razem ciepło i przyciąganie było silniejsze. Czy to przychodziło wraz ze świadomością bycia Przeznaczoną? Dziwne.

- Zależy mi na tobie - wyznał, nie patrząc mi w oczy.

- Wiem - zauważyłam z zaskoczeniem. Czułam to. Tylko nie rozumiałam, czemu tak ciągle uciekał ode mnie wzrokiem. - Wstydzisz się mnie?

- Oczywiście, że nie - zaprzeczył szybko, zerkając mi w oczy. - Po prostu mam ogromną ochotę cię teraz pocałować.

- To zrób to - wyszeptałam, nie wiele myśląc.

- A Niall? - spytał z wahaniem.

- Kto taki? - Uśmiechnęłam się.

Nachylił się natychmiast w moją stronę, ale zanim nasze usta się zetknęły, zatrzymał się z wahaniem. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Męczarnią było czekać, aż w końcu mnie pocałuje. Byłam zaskoczona, jak bardzo pragnęłam tego całą sobą. Wtedy Ash się uśmiechnął szeroko i szczerze. Jego gorący oddech omiatał moją twarz.

- Też to czujesz? 

- Zamknij się, Irwin - westchnęłam niemal z bólem. 

Zaśmiał się i przycisnął swoje usta do moich. Ogarnęło mnie najsłodsze, najpiękniejsze, najbardziej intensywne uczucie, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Od razu oplotłam swoje ręce wokół jego szyi i wplotłam palce we włosy. Jego dłonie spoczęły delikatnie na mojej talii i plecach, przyciągając do siebie jeszcze bliżej. 

- Już nawet się zdrzemnąć na chwilę nie można? - odezwał się nagle głośno Louis.

Odskoczyłam jak oparzona od Ashtona, czując wypieki na twarzy, ale gdy zobaczyłam parszywy uśmieszek Lou, ogarnęła mnie czysta złość.

- Do diabła z tobą.

- Zawsze do usług. - Nie przestawał się szczerzyć. Był z siebie zadziwiająco zadowolony. - Od dzisiaj możecie mnie zwać "Pan-Właściwy-Moment"!
_________________________________________________________

Hej!
Jest tu ktoś jeszcze? ;)

To cooo, jakie imię nadajemy nowej parze? Lashton? Asheigh? Piszcie! 
A jak Wam się podoba Jadiel? (Jade + Errdiel). W jakiś dziwny sposób ciekawi mnie ich relacja :p

N.x