czwartek, 8 lutego 2018

"Rozśpiewana Historia 2" Część 69


Wesołych świąt



***Angelica***
- Dzień dobry - usłyszałam głos tuż obok swojego ucha. 

Uśmiechnęłam się leniwie i obróciłam w stronę chłopaka.

- Dzień dobry - odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

- Jak się spało? - spytał i choć na niego nie patrzyłam, wiedziałam, że się szczerzył jak głupi do sera.

Zignorowałam potrzebę wywrócenia oczami.

- Czy my w ogóle spaliśmy? - Przygryzłam wargę i ściągnęłam brwi, udając zamyślenie.

- Może z godzinkę - zaśmiał się Liam.

Położyłam dłonie na jego nagiej klatce piersiowej i przesunęłam wzrokiem wzdłuż, aż nasze spojrzenia się spotkały. Liam bawił się moimi włosami rozrzuconymi po poduszce.

- To była dobra godzina. - Uśmiechnęłam się z satysfakcją i ponownie przygryzłam wargę. 

- Jeszcze nigdy tak dobrze nie spałem - przyznał, stykając nasze czoła, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Drugi raz w ciągu dwudziestu czterech godzin niemal popłakałam się ze szczęścia, że mogłam poczuć to cholernie przyjemne doznanie, jakimi były motyle w brzuchu. Nigdy bym nie pomyślała, że emocje były tak nieziemsko rozkoszne.

Złączyłam nasze usta w zachłannym pocałunku. Liam przyciągnął mnie do siebie bliżej, ale to ciągle było za daleko i nim się obejrzałam, już znajdowałam się na nim. Jego ręce gładziły moje plecy, jego dotyk był niczym narkotyk. Całowałam go po szyi, po ramionach, po piersi zupełnie pogrążona w potęgowaniu doznań.

- Liam, mógłbyś pożyczyć mi ładowarkę, bo ja właśnie popsułem kabel i... - Niall nagle urwał osłupiały, wpatrując się w naszą dwójkę. - O mój Boże.

W wampirzym tempie zeskoczyłam z Liama i okryłam się szczelnie kołdrą. Usiadłam wygodnie na łóżku i poprawiłam włosy.

- Cześć, Niall. - Uśmiechnęłam się jak gdyby nigdy nic i zatrzepotałam niewinnie rzęsami.

Blondyn wydukał coś podobnego do połączenia wyrazów "cześć" i "dzień dobry": czedobry.

- Ładowarka jest na stoliku pod ścianą - oznajmił Liam, próbując się schować pod kołdrą, którą mu zabrałam.

- D-dzięki - wymamrotał Niall, sięgnął po ładowarkę i wpadł na ścianę, próbując opuścić jak najszybciej pokój. 

- Żyjesz? - zapytałam, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

- Perrie dzwoniła, że zaraz będzie świąteczne śniadanie gotowe w domu El. Lepiej się pośpieszcie, jeśli chcecie zdążyć - mruknął, wychodząc.

- Spotkamy się z wami w szpitalu, jedzcie bez nas! - zawołałam za nim.

- Szczerze mówiąc, jestem głodny - zaśmiał się Liam.

- Ja też, ale nie narzekam. - Uśmiechnęłam się prowokująco, ukazując kły.

Liam od razu mnie pocałował i pierwszy raz od tylu lat poczułam się w pełni akceptowana.

***

- Hej, wesołych świąt. - Uśmiechnęłam się do wszystkich, którzy przebywali w sali szpitalnej Eleanor.

- Wesołych świąt - odpowiedziała mi Leigh-Anne. 

Zaraz za jej plecami znajdował się Ashton i przez sekundę wydawało mi się, że widziałam zamiast nich Jade i Harry'ego. Coś w ich zachowaniu było łudząco podobne. 

- Znów się szwendaliście gdzieś po nocy? Czy może skakaliście z budynków? - parsknęła Perrie. - Przegapiliście śniadanie.

- Hej, wtedy tylko Angel skakała - sprostował Liam. 

Uderzyłam go w bok, na co syknął z bólu. Ups, wampirza siła.

- Jak Eleanor? Jakakolwiek poprawa? - spytałam, zaglądając w jej kartę, która wisiała na łóżku i ignorując znaczące spojrzenie Nialla.

- Niestety nie. Ale nie jest też gorzej, także chociaż to - westchnęła ciężko pani Kate, która siedziała na krześle najbliżej łóżka.

- Szkoda, że Jade tutaj nie ma - stwierdziłam, wpatrując się w bladą, matową twarz Uzdrowicielki. 

Śpiączka dla Uzdrowiciela wcale nie była dobra. Jeżeli nie obudzi się w przeciągu tego tygodnia, oznaczało by to, że już nigdy nie będzie w stanie. 

- Co masz na myśli? To znaczy, oczywiście, że nam z tego powodu przykro, ale tobie chyba nie o to chodzi, prawda? - dopytywała się Jesy.

- Skrót myślowy, wybaczcie. Pomyślałam, że mogłaby użyć syreniego głosu. Jest tak przenikliwy, że jestem pewna, że obudziłby każdego. - Wzruszyłam ramionami. 

Pani Kate zerwała się z krzesła i spojrzała na mnie w szoku.

- Masz rację. Głos Jade mógłby faktycznie zadziałać - powiedziała, wyglądając jakby analizowała w głowie wszystkie za i przeciw.

- Ale Jade jako Najpiękniejsza może wychodzić z wody tylko w pełnię - przypomniał smutno Niall.

Pani Kate machnęła ręką.

- Głos Najpiękniejszej jest potężniejszy niż myślicie. Słychać go nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów pod wodą, a około ponad dwóch na lądzie.

- Czyli na co jeszcze czekamy? Dzwońmy do Jade! - krzyknął niecierpliwie Louis. 

- Już, już - mruknęła Perrie i trzęsącymi się rękami wybrała numer.

***

***Jade***
- Najpiękniejsza powinna przyjąć oświadczyny - oznajmiła Minister Sprawiedliwości. - To zapewni nam pokój.

- Uważam, że to wcale nie poprawi naszej sytuacji. Staniemy się niewolnicami Wodników w momencie, kiedy król Errdiel otrzyma to, czego chce - stwierdziła Anadyomene.

- Zgadzam się - poparłam ją entuzjastycznie. Nawet nie chciałam myśleć o przyjmowaniu propozycji Errdiela.

- Powinniśmy kontynuować nasze plany odnośnie zasadzki w Kotlinie Wichrów. Mamy coraz mniej czasu na dopracowanie szczegółów - przypomniała inna syrena.

- A gdyby Najpiękniejsza udała, że przyjmuje zaręczyny? Zebrałybyśmy wtedy wszystkich Wodników w Kotlinie, bo ich obowiązkiem jest obecność na ślubie króla, lecz z pewnością na zwykłej koronacji Najpiękniejszej nie pojawią się tak licznie. Nasze szanse znacznie wzrosną, by raz na zawsze zakończyć wojnę - zaproponowała z dumą Minister Sprawiedliwości.

Zdecydowana większość syren poparła żarliwie ten pomysł. Ich wzrok utkwił we mnie, a ja zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Zamurowało mnie.

- Kto jest za tym pomysłem? - spytała Minister, nie zważając na moją odpowiedź.

Niektóre ręce szybciej, inne nieco wolniej uniosły się w górę. Nawet Anadyomene nieśmiało poparła tę inicjatywę. Poczułam ciężar, który niemal przygwoździł mnie do krzesła. Nie mogłam oddychać, a do oczu napłynęły mi łzy.

Uniosłam rękę.

- Wspaniale! Sporządzę list z pozytywną odpowiedzią. Wyślę go jeszcze tego dnia. Zamiast koronacji odbędzie się ślub. Dzisiaj na uroczystym obiedzie ogłosimy zaręczyny - mówiła podekscytowana Minister. - Obradę uważam za zakończoną.

Syreny zaczęły klaskać i skromnie dygać zanim odeszły od stołu. Sala pustoszała, a ja się ciągle nie mogłam ruszyć z miejsca.
Miałam narzeczonego i nie był nim Harry. 
Nawet jeśli była to tylko pułapka, nawet jeśli było to tymczasowe i nieprawdziwe, bolało oraz pozostawiało niesmak.

- Wybacz, Jade. Myślę, że rozumiesz, że nie mamy innego wyjścia. - Anadyomene położyła dłoń na moim ramieniu. - To dla dobra naszego rodu. Musisz się poświęcić jako Najpiękniejsza. Na twoim miejscu zrobiłabym dokładnie to samo.

- Tak. Oczywiście - przytaknęłam, wpatrując się tępo w blat pustego stołu.

- Nie stanie ci się żadna krzywda. Prawdopodobnie nie będziesz nawet musiała widzieć Errdiela przed ślubem - mówiła pocieszająco.

- Prawdopodobnie? - zapytałam podejrzliwie.

Anadyomene westchnęła ciężko, po czym przysiadła na krześle obok mnie.

- Stara tradycja Wodników nakazuje, aby przyszli państwo młodzi razem przymierzali stroje do ślubu. Od kilkudziesięciu lat Wodnicy nie urządzali zbyt hucznych wesel, także jest szansa, że nie będą cię zobowiązywać do tej tradycji. Jednak musisz być przygotowana, jeśli poproszą cię o przymiarkę sukni w obecności Errdiela.

- A gdzie jest haczyk? - Wywróciłam z irytacją oczami.

Zwykłe przymierzanie strojów? Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że nie było w tym nic, czego mogłabym się obawiać. Po Wodnikach już wiedziałam, że można się spodziewać najgorszego, a i ton Anadyomene mi podpowiadał, że coś mroczniejszego się skrywało w jej słowach.

- Haczyk jest do zniesienia - stwierdziła, patrząc mi prosto w oczy.

Jej mina przypominała mi tą dawną władczynię, kiedy była jeszcze pozbawiona emocji. Obojętna, chłodna, niczym wykuta z kamienia.

- To dlaczego mi od razu nie powiesz, o co chodzi? - Wstałam z miejsca, nie mogąc dłużej siedzieć i nic nie robić.

Ruszyłam w stronę wyjścia, a Anadyomene stąpała mi po piętach.

- To przyszły małżonek wybiera krój oraz kształt sukienki. Ty nie masz nic do powiedzenia w tym temacie - poinformowała mnie.

- I to tyle? - parsknęłam.

- W czasie całego procesu szycia, para wymienia się nawzajem zapewnieniami o wiecznej miłości.

Zwolniłam kroku. Znów robiło mi się niedobrze.

- Dam radę. Tylko dopracujcie nasz plan tak, abyśmy były przygotowane na każdą możliwą sytuację. - Spojrzałam Anadyomene twardo w oczy.

- Oczywiście, Jaśnie Pani. - Ukłoniła się. Już miała odejść, ale odwróciła się w moją stronę. - Wiedziałam, że gdzieś tam w głębi kryje się w tobie prawdziwa syrena.

Nim zdążyłam ją zapytać, co to miało znaczyć, znikła za zakrętem. Pokręciłam bezsilnie głową i skierowałam się do swojej komanty. Mimo, iż wiedziałam, że nie będzie tam Harry'ego, miałam cichą nadzieję, że może się myliłam. 
Znów dręczyły mnie mdłości.


***

Nagle usłyszałam ciche brzęczenie telefonu. Odetchnęłam ciężko i wstałam ostrożnie na równe nogi, testując czy mnie uniosą. Spłukałam wodę i ruszyłam w poszukiwaniu komórki. Dopiero po chwili sobie uświadomiłam, że przecież jej nie miałam, zapewne leżała gdzieś na dnie obok tej ogromnej skały, gdzie po raz pierwszy wpadłam do wody. 
Szłam więc za odgłosem klasycznego dzwonka, aż w końcu odkryłam telefon stacjonarny, który się znajdował na komodzie w rogu pokoju. 

- Halo? - Mój głos zabrzmiał jeszcze słabiej niż się spodziewałam. Odchrząknęłam, zebrałam się w sobie i powtórzyłam nieco głośniej. - Halo?

- Jade? - usłyszałam znajomy głos. Łącze jednak było słabe, przez co źle rozpoznałam rozmówcę.

- Jesy?

- Nie, to ja, Perrie. Słyszysz mnie? Mam ważną wiadomość - mówiła.

- O nie, Eleanor...? - urwałam, nie będąc w stanie wypowiedzieć tych słów. 

Poczułam, że supeł w moim żołądku się jeszcze bardziej zacieśla.

- Nie! El żyje. Chciałam powiedzieć, że chyba wiemy, jak ją wybudzić ze śpiączki. Ty to możesz zrobić.

- Ja? - zapytałam, nie dowierzając.

- Tak. Pani Kate mówi, że twój syreni głos jest w stanie dotrzeć do El. Spróbujesz? - Nie byłam pewna, czy dobrze rozumiałam, bo większość wyrazów była zniekształcona.

- Jak? Nie mogę wyjść na ląd, nie ma pełni - zauważyłam ze smutkiem. - Przypłyniecie tu z nią?

- Nie możemy jej odłączyć od aparatury, ale uważamy, że jeśli odpowiednio głośno krzykniesz z morza obok plaży, przy której jest szpital, to powinno wystarczyć. - Mimo wszystkich zakłóceń mogłam usłyszeć nadzieję i radość w jej głosie. 

- Będę za około godzinę. Postarajcie się, aby nie było nikogo na plaży w okolicy, dacie radę to zrobić? - spytałam, zaciskając dłoń w pięść. Paznokcie wbiły mi się w skórę.

- Oczywiście. Czekamy - zawołała radośnie.

- Uściskajcie ją ode mnie, jak się obudzi, dobrze? - poprosiłam, czując łzy na policzku. Starłam je czym prędzej.

- Sama to zrobisz, jasne? Prędzej czy później. Będziemy na ciebie czekać - mówiła z przekonaniem.

Rozłączyłam się i rozejrzałam po pokoju. Jak ja się stąd niepostrzeżenie wydostanę?
Rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła Nadie.

- Jade? Tak mi przykro, właśnie się dowiedziałam o zaręczynach i... - Nadie podeszła do mnie czym prędzej i objęła.

- Nie mam na to czasu - przerwałam jej. - Z resztą nawet nie chcę o tym słyszeć. Pomożesz mi się stąd wydostać?

- Chcesz uciec? - Odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie z osłupieniem. Widziałam urazę w jej oczach. - Jako Najpiękniejsza twoim obowiązkiem jest...

- Nie będę uciekać. - Ponownie weszłam jej w słowo. - Wiem, sama chciałam być Najpiękniejszą i to są konsekwencje mojej decyzji. Przyjmę je, ale teraz bardzo pilnie muszę się znaleźć obok szpitala. Ponoć krzyk syreny może obudzić Eleanor.

Patrzyłam na nią z nadzieją, gotowa wyciągnąć kolejne argumenty, ale Nadie nawet się nie zastanawiała.

- Chyba wiem, którędy uda nam się niepostrzeżenie wymknąć.
______________________________________________________

Hejka!
Mamy #Langelica ! Mamy #Jadiel ! (hehe) Mamy #Elounor ! (no prawie hehe) x niebijciepls x

Pytanko do Was: wolicie, aby rozdziały były dodawane tak nieregularnie jak teraz, czy określić konkretny dzień tygodnia i co drugi tydzień dodawany będzie wtedy rozdział? Dajcie mi znać!

N.x

wtorek, 30 stycznia 2018

"Rozśpiewana Historia 2" Część 68


Oświadczyny



***Jade***
- Że co takiego? - wypaliłam zupełnie oszołomiona.

Podeszłam do Nadie w ekspresowym tempie i chwyciłam kartkę. Eleganckim, odręcznym pismem wypisana została wiadomość:

,,Jade Amelio Thirlwall, Najpiękniejsza wśród najpiękniejszych, najsilniejsza wśród najwdzięczniejszych. 
Twe oblicze skruszyło lód, którym skute było me serce. Twe spojrzenie ogrzało me zziębnięte lica. Twój uśmiech obudził we mnie uczucie, którego nigdy przedtem nie doświadczyłem. Twe piękne ciało, o bogini, odcisnęło swe piętno w mej pamięci. 
Słaniam się przed Tobą, o moja Pani. Błagam wszystkich bogów, abym mógł jeszcze raz oddychać tym samym powietrzem, co najpiękniejsza kobieta w tych niezmierzonych wodach. Odliczam dni do naszego ponownego spotkania, bo każdy oddech bez Twojej obecności obok już mnie nie zaspokaja. Nie chcę tak żyć, pragnę oddychać z Tobą, pragnę czuć tylko Ciebie, pragnę otaczać się Twoją wonią już na zawsze. 
Dlatego, o moja perło najcenniejsza, kłaniam się przed Tobą, prosząc o Twoją rękę. Niczego innego na tym świecie nie pragnę, jak posiąść Najpiękniejszą wśród najpięknieszych, najsilniejszą wśród najwdzięczniejszych. 
Jego Najjaśniejsza Wysokość Król Errdiel Alwin Dyffros Morlynn II"


- O Boże - wyjąkałam, czując zawroty głowy.

Zrobiło mi się niedobrze, poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Szybko pobiegłam do łazienki i zwróciłam. Było mi słabo, obraz zupełnie znikł, otaczała mnie ciemność. Czy to był atak paniki? Moim ciałem wstrząsnęły konwulsje i po raz kolejny pochyliłam się nad ubikacją z masy perłowej. Co się właściwie, do cholery, stało?

Ktoś zebrał mi włosy i przytrzymał w górze, gdy mdłości nie ustępowały. Nadie trzymała mi rękę na plecach, zapewniając o swojej obecności.

- Wszystko będzie dobrze, Jadie - powiedziała, ale zamiast jej, usłyszałam głos mamy. 

- Chyba zemdleję - wymamrotałam. 

- Tylko spokojnie. Oddychaj. Już jest dobrze - mówiła łagodnym tonem. 

Następne pół godziny spędziłam w łazience, obawiając się kolejnego napadu mdłości. Nadie zrobiła mi zimny okład na czoło oraz kark. Zawiadomiła również Lori o moim złym samopoczuciu, przez co nie mogłam wziąć udziału w naradzie, która planowana była na wieczór.

- Czy Harry to przeczytał? - spytałam, trzęsącym się głosem. 

- Tak mi się wydaje - odpowiedziała po chwili. 

- Gdzie teraz jest? - zadałam kolejne pytanie. 

Musiał się czuć potwornie... 

- Nie wiem, wyszedł - westchnęła smutno Nadie.

Wyszedł?

***

***Leigh-Anne***
Zamknęłam księgę zaklęć nieco gwałtowniej niż zamierzałam. Nic na temat śpiączki, wybudzania, leczenia. Z jednej strony spodziewałam się tego, ale z drugiej liczyłam, że może los się do mnie uśmiechnie. Niestety, czarownice nie umiały leczyć nawet magią. 

- Hej. - Do sali szpitalnej zajrzał niepewnie Ashton. - Już zbliża się północ. Perrie dzwoniła, mówiła, że nie odbierasz telefonu.

- Oh, wyciszyłam go - przypomniałam sobie, wyciągając urządzenie. - Co chciała?

- Upewnić się, że z wami dobrze. Louis od dawna śpi? - spytał, wskazując głową na Śpiewaka, który pół-leżał na łóżku El, pół-siedział na swoim krześle.

- Od jakiejś godziny. Nie chciałam go budzić, jest wyczerpany - odpowiedziałam, zerkając z troską na przyjaciela.

Ashton przysunął sobie cicho krzesło i usiadł obok mnie. Oboje zapatrzyliśmy się na bladą twarz Eleanor. 

- Piękne, nieprawdaż? - stwierdził z melancholią. - To się nazywa prawdziwa miłość, prawdziwe poświęcenie.

- Tak, masz rację. Nie mogę uwierzyć, że to się musiało przytrafić właśnie im. - Pokręciłam ze smutkiem głową, po czym wbiłam wzrok w palce.

- To zabrzmiało jak poczucie winy - zauważył z zaskoczeniem, przyglądając mi się badawczo.

Zagryzłam wargę, czując gulę w gardle. 

- To mogłabym być ja. Czemu nie mogłam to być ja? - Pytanie skierowałam do pustki. - Wtedy nikt by nie cierpiał.

Myślami wróciłam do pamiętnej nocy, kiedy zdecydowałam się wykonać rytuał. Nie miałam nikogo, oprócz przyjaciółek. Dla Jade zrobiłabym wszystko, nie żałowałabym tego. Nie było osoby, którą tak namacalnie dotknęłaby moja śmierć. Dlaczego zawsze cierpiała osoba, która była tak bardzo potrzebna drugiej, bez której nie mogłaby żyć dalej?

- Leigh, nie mów tak. Nie widzisz, ilu osobom na tobie zależy? - Ashton przysunął się nieco bliżej, a jego spojrzenie wywiercało mi dziurę w brzuchu. 

Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.

- Oczywiście, że widzę. Ale wiem, że po mojej śmierci ruszyliby dalej. Tymczasem, gdy umiera jedna osoba z pary, zabiera ze sobą ogromną część tej drugiej. Rozumiesz, o co mi chodzi? Eleanor ciągnie za sobą Louisa, Louis ciągnie za sobą Eleanor. Jade umiera, umiera i Harry, a także na odwrót. Jestem pewna, że gdyby Pezz coś się stało, Zayn skoczyłby za nią. Niall tonie, Nadie razem z nim. A ja? Gdybym stanęła w płomieniach, spłonęłabym tylko ja, zero dodatkowych, niepotrzebnych ofiar. 

- Nie byłbym tego taki pewien - stwierdził z przekąsem.

- Skąd możesz to wiedzieć? - W końcu podniosłam na niego wzrok. Szukałam odpowiedzi w jego oczach, ale się speszył i odwrócił wzrok.

- Nie wiem, nie sądzisz, że gdzieś tam jest osoba, która na ciebie czeka? - spytał, odwracając głowę w stronę okna. 

Zapatrzyłam się na chwilę w słabo widoczne gwiazdy i dokładnie połowę tarczy księżyca. Piękna noc.

- Może - westchnęłam nieprzekonana. Nie chciałam ciągnąć tego tematu, był zbyt drażliwy. 

Jednak Amor się nie poddawał.

- Naprawdę nie pociesza cię myśl, że gdzieś tam jest twój Przeznaczony? 

- Przeznaczony? - zaśmiałam się cicho, uważając by nie obudzić Louisa. - Nie jestem taką szczęściarą. 

- Doprawdy? - prychnął, uśmiechając się w dziwny sposób pod nosem.

- Ash? Czy ty coś wiesz, o czym ja nie wiem? - spytałam podejrzliwie. 

Amor pobladł nieznacznie.

- Co masz na myśli?

Przełknęłam nerwowo ślinę. Czy... Czy warto robić sobie nadzieję? Czy zniosę ból, który nadejdzie wraz z kolejną porażką? 
Odetchnęłam niespokojnie i zebrałam się w sobie.

- Czy gdzieś jest osoba mi przeznaczona?

- N-nie mogę ci powiedzieć - oznajmił niepewnie.

- Czemu? - oburzyłam się. Chwila, chwila... Czyli taka osoba była?

- Bo... Bo naruszyłbym zasady - stwierdził.

- Zasady? - powtórzyłam sceptycznie. - Harry jakoś nie kierował się żadnymi zasadami. Mów, Ashton.

Skrzywił się.

- Ta osoba prosiła, żebym nie mówił - westchnął w końcu. 

- To nie sprawiedliwie, kto to jest? Chcę wiedzieć! - marudziłam niczym małe dziecko.

Miałam Przeznaczonego. Naprawdę miałam Przeznaczonego. Nie mogłam w to uwierzyć! Czyżby to wyjaśniało moje ciągłe niepowodzenia miłosne? Bo musiałam czekać na tego jedynego?

- To nie takie proste. Ta osoba wie, co czujesz do Nialla i chciała ci dać odrobinę czasu na uporanie się z tym. Tak będzie rozsądniej - powiedział stanowczo.

- Skoro mam Przeznaczonego, to czy kiedykolwiek to, co czułam do Nialla, było prawdziwe? - spytałam, sama gubiąc się w tym wszystkim.

- Oczywiście, że tak. Wszystko, co czujesz, jest prawdziwe. Czasami może ci się tylko wydawać, że jest nieco poważniejsze niż myślisz - rzekł jak na wzorowego Amora przystało. 

- To co mam teraz zrobić? - Oparłam z frustracją głowę o ręce.

Jeszcze nigdy nie byłam taka niecierpliwa! Już się nie mogłam doczekać, aż go spotkam. 

- Poczekaj - zaśmiał się cicho Ashton. - Czas leczy rany, niedługo ta po Niallu zniknie, a wtedy będziesz gotowa.

- Czyli on mnie zna, tak? Jak się dowiedział o mnie? Kiedy z nim rozmawiałeś? Opowiedz mi o nim! - poprosiłam, łapiąc go za rękę.

Coś jakby niewidzialna iskra zsunęła się z mojej dłoni wprost do jego. Było to nadzwyczaj dziwne uczucie, mrowiące, ale w niewytłumaczalny sposób fascynujące. Przedtem coś podobnego zdarzyło się w sklepie. Cofnęłam natychmiast rękę.

- Jejku, przepraszam. Poczułeś to? Chyba magia mi się wymyka z pod kontroli przez to ciągłe zmęczenie. - Posłałam w jego stronę przepraszający uśmiech. 

- Nic się nie stało. To było całkiem... przyjemne - stwierdził z zaskoczeniem. - Jak to zrobiłaś? 

- Nie mam pojęcia, po prostu cię dotknęłam. - Wzruszyłam ramionami i spróbowałam jeszcze raz.

Tym razem znacznie wolniej zbliżyłam swoje palce do jego. Ciepło od razu napłynęło do miejsc, w których się stykaliśmy i zaczęło delikatnie mrowić, nawet pulsować. Byłam tak pochłonięta badaniem tego zjawiska, że nawet nie zauważyłam, kiedy splotłam nasze palce. Działało to jak magnes, przyciągało odczuwalnie, ale nie mocno. Jego skóra była miękka i delikatna w dotyku. Z zaskoczeniem uznałam, że nasze dłonie pasują do siebie perfekcyjnie. 

Poczułam wypieki na twarzy. Powoli uniosłam głowę i napotkałam niepewny wzrok Ashtona, który wpatrywał się we mnie przez cały ten czas. 

- To ty - powiedziałam zaskoczona.

- Mocno rozczarowana? - Uśmiechnął się gorzko.

Zupełnie zaniemówiłam. Starłam się pojąć, jak to się stało, jak się czułam, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Wcześniej nie zwracałam na to zbytniej uwagi, bo byłam zbyt zajęta nienawidzeniem Nadie i ukrywaniem swojej aury przed Niallem, ale Ashton zawsze był gdzieś w tle, przyglądając mi się łagodnie. Przed oczami stanęły mi te wszystkie chwile, kiedy był obok, a ja tego nie zauważałam. Przecież wysyłał tyle sygnałów! Te spojrzenia, nieśmiałe uśmiechy, ciągła próba pomocy we wszystkim, co robiłam. A ja, głupia, się nie domyśliłam.

- N-nie, ale... - wydukałam w szoku, lecz dalsza część zdania nie złożyła mi się w całość.

Ashton jako pierwszy zerwał nasz intensywny kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się skromnie.

- Nie zabrzmiało to przekonująco.

- Przepraszam, ja po prostu nie rozumiem - westchnęłam bezradnie. - Myślałam, że jak Amor i osoba mu przeznaczona się spotykają to... No nie wiem, od razu wiedzą, czują to, czy coś.

- Bywa i tak, ale znacznie rzadziej uderza to w nich jak grom z jasnego nieba. Zazwyczaj jest tak, że Amor wie od razu, a Przeznaczona pozostaje w nieświadoma - wytłumaczył, ostrożnie wyciągając swoją dłoń z mojego uścisku.

Poczułam lodowate zimno.

- Czemu mi nie powiedziałeś? - zapytałam.

- Już ci mówiłem. Bo nie byłaś gotowa. Chciałem zaczekać. - Wzruszył ramionami.

Wydawał mi się w tym momencie taki nieporadny, onieśmielony do granic możliwości. Zupełne przeciwieństwo pewnego siebie Amora, łamacza serc. Zaskoczyło mnie to, jak złe i nietrafne były te stereotypy. 

- To... piękne - odezwałam się po dłuższej chwili ciszy.

- Co? - zdziwił się i spojrzał na mnie.

- To, że przekładałeś mnie i moje sprawy nad swoje szczęście. Nawet sobie nie wyobrażam, ile silnej woli to od ciebie wymagało. Cierpliwie czekasz na swój moment - oznajmiłam, kładąc ponownie swoją rękę na jego ramieniu.

Tym razem ciepło i przyciąganie było silniejsze. Czy to przychodziło wraz ze świadomością bycia Przeznaczoną? Dziwne.

- Zależy mi na tobie - wyznał, nie patrząc mi w oczy.

- Wiem - zauważyłam z zaskoczeniem. Czułam to. Tylko nie rozumiałam, czemu tak ciągle uciekał ode mnie wzrokiem. - Wstydzisz się mnie?

- Oczywiście, że nie - zaprzeczył szybko, zerkając mi w oczy. - Po prostu mam ogromną ochotę cię teraz pocałować.

- To zrób to - wyszeptałam, nie wiele myśląc.

- A Niall? - spytał z wahaniem.

- Kto taki? - Uśmiechnęłam się.

Nachylił się natychmiast w moją stronę, ale zanim nasze usta się zetknęły, zatrzymał się z wahaniem. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Męczarnią było czekać, aż w końcu mnie pocałuje. Byłam zaskoczona, jak bardzo pragnęłam tego całą sobą. Wtedy Ash się uśmiechnął szeroko i szczerze. Jego gorący oddech omiatał moją twarz.

- Też to czujesz? 

- Zamknij się, Irwin - westchnęłam niemal z bólem. 

Zaśmiał się i przycisnął swoje usta do moich. Ogarnęło mnie najsłodsze, najpiękniejsze, najbardziej intensywne uczucie, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Od razu oplotłam swoje ręce wokół jego szyi i wplotłam palce we włosy. Jego dłonie spoczęły delikatnie na mojej talii i plecach, przyciągając do siebie jeszcze bliżej. 

- Już nawet się zdrzemnąć na chwilę nie można? - odezwał się nagle głośno Louis.

Odskoczyłam jak oparzona od Ashtona, czując wypieki na twarzy, ale gdy zobaczyłam parszywy uśmieszek Lou, ogarnęła mnie czysta złość.

- Do diabła z tobą.

- Zawsze do usług. - Nie przestawał się szczerzyć. Był z siebie zadziwiająco zadowolony. - Od dzisiaj możecie mnie zwać "Pan-Właściwy-Moment"!
_________________________________________________________

Hej!
Jest tu ktoś jeszcze? ;)

To cooo, jakie imię nadajemy nowej parze? Lashton? Asheigh? Piszcie! 
A jak Wam się podoba Jadiel? (Jade + Errdiel). W jakiś dziwny sposób ciekawi mnie ich relacja :p

N.x

środa, 27 grudnia 2017

"Rozśpiewana Historia 2" Część 67


Nie trać czasu



***Angelica***
- Perrie mi napisała, że wszyscy są w szpitalu. Eleanor miała zapaść, ale już jest stabilna. Myślę, że powinniśmy do nich dołączyć – wymamrotałam, składając kartkę i chowając ją niedbale do kieszeni bluzy.

Ciążyła mi niczym worek cegieł.

- Naprawdę cię szukałem – wyszeptał. 

Kiedy na niego spojrzałam, doszło do mnie jak bardzo był przybity. Wiedziałam, że wolałby, abym się wypowiedziała na temat piosenki, ale nie byłam w stanie teraz o tym myśleć.

- Może weźmiemy z domu jedzenie i tam zjemy razem z nimi kolację? W końcu dzisiaj Wigilia, a oni muszą umierać z głodu – ciągnęłam, wzruszając ramionami. 

Ruszyłam przed siebie, byleby nie stać w miejscu.

- Angel. – Liam jeszcze raz próbował zwrócić na siebie moją uwagę, ale pokręciłam przecząco głową.

- Nie teraz.

***

- Dziękuję, Angel. Naprawdę nam dzisiaj pomogłaś. – Uśmiechnęła się do mnie Perrie, która pomagała mi zmywać naczynia w szpitalnej łazience. 

Lepszym pomysłem byłoby kupienie jednorazowych talerzy, ale wszystkie sklepy były już pozamykane.

- Pomyślałam, że pewnie byliście głodni. – Wzruszyłam ramionami. 

Nienawidziłam się za to, że moje policzki się lekko zarumieniły przez jej komplement. Nigdy, przenigdy, nie będę lubiła okazywania swoich słabości.

- Co tam masz? – spytała, wskazując łokciem zgnieciony papier, który wysunął mi się z bluzy. – Czy to nie ta kartka, z którą ostatnio nie rozstawał się Liam?

- Tak, dał mi ją – przyznałam niechętnie. 

Odłożyłam ostatni talerz na bok, ale zaraz zaczęłam go wycierać papierowym ręcznikiem. Mogłam zabrać z domu jakąś szmatkę, nie przewidziałam sterty mokrych jednorazowych ręczników.

- To piosenka, prawda? – dopytała po chwili nieprzyjemnej ciszy. 

Kiwnęłam głową, ale blondynka nie przestawała mi się przyglądać z zastanowieniem.

- Możesz przeczytać. – Wywróciłam w końcu oczami. 

Pezz się uśmiechnęła podekscytowana i wyjęła ostrożnie papier z mojej kieszeni. Nastała jeszcze bardziej krępująca cisza, podczas której zapoznawała się z jej treścią. Blondynka zacisnęła usta w wąską linię, poza tym, jej twarz była bez wyrazu. Poskładała kartkę i mi ją podała.

- To jest... dosadne – wymamrotała tylko. 

Zrozumiałam, że nie wiedziała, co powiedzieć.

- Co masz na myśli? – Uniosłam jedną brew, wpatrując się w nią.

- Cóż, uważam, że ta piosenka jest bardzo wymowna – stwierdziła po chwili namysłu. Gdy napotkała mój wyczekujący wzrok, odetchnęła ciężko. – Wyznał ci miłość.

- Nie sądzę – zaprzeczyłam od razu i zajęłam się wyrzucaniem zużytych ręczników papierowych.

- A co twoim zdaniem w takim razie oznacza „Mind is running in circles of you and me, anyone in between is the enemy"? – zapytała z sarkazmem. – Angel, jesteś z nas wszystkich najbystrzejsza, nie rób z siebie idiotki.

- Czemu on to napisał? – wyrwało mi się. 

Czułam się roztrzęsiona i mój umysł był niczym istny chaos. Nienawidziłam emocji.

- A jak myślisz? Mam zacytować? Proszę: "It took me some time but I figured out, how to fix up a heart that I let down" – podkreśliła niemal każde słowo. – On chce cię przeprosić. I odzyskać.

- Hej, dziewczyny. Potrzebujecie pomocy? – Ashton wszedł do małej łazienki i już miał wynieść talerze, gdy Perrie mało mu ich nie wyrwała z rąk.

- Tak! Angel potrzebuje pomocy. Najlepiej idźcie na spacer i to przegadajcie. – Uśmiechnęła się szeroko i wyszła szybko z łazienki. 

Spojrzałam z czystym przerażeniem na chłopaka, a on przybrał zdezorientowaną minę.

- O co chodzi? – spytał. 

Przysięgam, miałam do czynienia z wilkołakami, pradawnymi wampirami, wściekłymi chochlikami oraz śmiercionośnymi bestiami, ale nigdy nie bałam się tak, jak w tej właśnie chwili. A przede mną stał tylko (albo aż) Amor.

- O nic – odparłam odruchowo. 

Znowu czułam się jak ta stara, krucha, bezbronna dziewczyna. Perrie zdążyła się ulotnić, a ja zostałam sam na sam z osobą, na którą nie działała moja blokada. Czułam się niemal naga.

- Liam w końcu zaśpiewał ci piosenkę? - zgadywał Ashton.

- Nie. Ale dał mi tę przeklętą kartkę. - Skrzywiłam się, czując jak papier robił się coraz cięższy w kieszeni i wypalał mi dziurę w boku.

- Nie śpiewał? - zapytał zaskoczony, a następnie przytaknął sam sobie. - Rany, nawet sobie nie zdajesz sprawy jak bardzo go onieśmielasz.

- Onieśmielam? Czytałeś to w ogóle? - prychnęłam i wyciągnęłam kartkę, by odszukać odpowiedniego fragmentu. - "The taste of your lips on the tip of my tongue, is at the top of the list of the things I want". Moim zdaniem to jest bardzo śmiałe.

- Harry to napisał, stąd bezpośredniość. Ale możesz być pewna, że Liam w myślach podpisuje się pod każdym słowem w tej piosence. Tylko trudno mu się do tego przyznać - stwierdził Amor. 

Poczułam dziwne ukłucie na fakt, że to nie Li napisał tekst. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej, gdy tylko to sobie uświadomiłam.

- To co teraz? - spytał niezręcznie Ashton.

- A co ma być? - nie rozumiałam.

- Dasz mu drugą szansę? - sprecyzował. - Może tego nie widzisz, ale jemu naprawdę na tobie zależy.

- Ale mi na nim nie - odparłam z irytacją. 

Uciekałam w dawne, głupie nawyki. Zaprzeczenie, gra w chowanego z własnymi uczuciami, ranienie innych, by ich do siebie zniechęcić. Nawet nie wiedziałam, po co to robiłam, ani kogo próbowałam oszukać. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ja i Liam mieliśmy coś do siebie i to od dawna.

- Angel, on cię nie skrzywdzi drugi raz. Nigdy nie chciał, możesz mi wierzyć. Nie bój się miłości... - mówił, ale w tym miejscu gwałtownie urwał, zauważając moje gniewne spojrzenie.

- Nie potrzebuję twoich tanich porad ani tej nic nie wartej motywującej gadki. Niczego się nie boję i jestem panią swojego losu. Decyduję o wszystkim, robię to, co chcę i uważam za słuszne - warknęłam, ruszając w jego stronę oraz zmuszając go do wycofania się.

- Zgoda, masz rację - oznajmił, ku mojemu zdziwieniu.

- Mam? - spytałam z niedowierzaniem.

- Oczywiście. Jesteś panią swojego losu. Tak samo jak El i Louis. Ile im dokładnie zajęło, aby w końcu wyznali sobie nawzajem uczucia? A co ważniejsze: ile czasu spędzili rzeczywiście razem, zanim spotkało ich to nieszczęście? - Ashton patrzył mi głęboko w oczy, kwestiounując wszystko, w co wierzyłam. - Możesz decydować o sobie, ale nie o wszystkim wokół. Nie popełniaj tego błędu, nie trać czasu. Nigdy nie wiadomo, ile ci go zostało lub osobie, którą kochasz.

***

***Jade***
- To są jakieś żarty, prawda? - zaśmiał się gorzko Harry, widząc kolejny bukiet oszołamiających kwiatów, które zostały wniesione do mojej komnaty przez Arię.

- Errdiel lubi wyzwania. Nie odpuści, póki nie zdobędzie twojej Przeznaczonej - westchnęła Nadie, przekładając bukiety do wazonów.

- Po prostu wyrzuć to wszystko. Jade ich nie potrzebuje - stwierdził Amor. Był cały czerwony na twarzy.

- Nie mogę, byłaby to obraza, a teraz potrzebujemy przychylności króla Wodników, pamiętasz? - przypomniała mu syrena.

- Nie obchodzi mnie to - warknął, kręcąc się z miejsca na miejsce. 

- Harry, niepotrzebnie tak się tym denerwujesz... - zaczęłam, ale gwałtownie odwrócił się w moją stronę z jeszcze większymi wypiekami.

- Niepotrzebnie? On chce mi ciebie odbić! Jak mam się nie denerwować? Nie po to biegałem i tropiłem Avalon, nie po to ryzykowałem, by...

- Hej! - przerwałam - Pozwól, że ci przypomnę, że nie ma takiej opcji, aby ktoś ci mnie odbił. Jestem twoją Przeznaczoną, racja? Harry, jesteś Amorem, do cholery, nie widzisz, co do ciebie czuję?

Miałam dość. Mi też nie podobał się taki obrót spraw, przecież nie trzepotałam rzęsami przed królem Wodników, a winą za ściągnięcie jego uwagi wszyscy obarczyli mnie. Nie prosiłam się o to, robiłam dokładnie to, co mi kazali. Miałam być dumna i wyniosła, ale się nie wywższać ponad króla. Miałam czarować syrenim wdziękiem, na który rzekomo Wodnicy byli odporni, a szczególnie ten ich władca. Anadyomene mówiła, że jeszcze nigdy Erddiel nie zachował się tak szarmancko wobec syreny. Zawsze traktował nas jak pasożyty, z którymi z czystego lenistwa nie warto było się zajmować, zwłaszcza, że potrafiłyśmy przynosić zyski. Nie zrobiłam nic, czym mogłabym sobie zasłużyć na większą przychylność króla.

- Widzę - odparł, nabierając głębokiego wdechu i wypuszczając powoli powietrze.

- To o co ci chodzi? Przecież wiesz, że kocham cię najbardziej na świecie i nie chcę nikogo innego. Nawet jak przyśle mi dwadzieścia pięknych bukietów. - Podeszłam do niego, wpatrując mu się głęboko w oczy.

- Dwadzieścia sześć - wtrąciła się Nadie, ale zbyłam ją machnięciem ręki.

- Nie podoba mi się to, jak na ciebie patrzył. Jakbyś była jego następnym celem. - Wzdrygnął się.

- Bo jestem. Dlatego poradzimy sobie z tym tak, jak z każdym innym zagrożeniem. Razem. Jasne? - spytałam, kładąc ręce na jego piersi i nachylając się ku niemu. 

Wiedziałam, że nie mógł mi nie ulec. Na początku myślałam, że cały czas tylko ja się rozpływałam pod jego dotykiem i tańczyłam, jak mi grał. Zabawne, że musiałam się stać syreną, by zrozumieć, że on również ulegał moim wpływom.

- Jasne. - Zbliżył się, wplatając palce w moje włosy i przyciągając mnie do siebie.

- Mam wyjść? - zaproponowała Nadie, wstając niezręcznie z miejsca.

- Tak. 

- Nie - odpowiedzialiśmy w tym samym momencie.

Posłałam łagodne spojrzenie Harry'emu, dając mu znak, że później będzie czas dla nas obojga. Teraz musieliśmy się zająć obmyślaniem strategii i jak wykorzystać nagłą fascynację króla Wodników przeciwko jemu. 

- Kolejny bukiet, Jaśnie Pani. - Do pokoju weszła Aria, niosąc jeszcze większą wiązankę kwiatów od poprzednich. 

- Na tym jest wiadomość - zauważyła Nadie, odbierając od syreny kwiaty.

Aria dygnęła i opuściła komnatę.

- Nie wiem, czy chcę znać zawartość tej kartki - przyznałam niechętnie.

- Ja chcę - stwierdził Harry, zaciskając dłonie w pięści.

- Nadie, przeczytaj sama i daj mi znać, jeśli to coś ważnego. Jeśli nie, spal wiadomość - zadecydowałam. 

- Jasne - ucieszyła się. - Miałam nadzieję, że o to poprosisz. Jestem ogromnie ciekawa, co tam jest!

Siostra wyciągnęła ozdobny papier z eleganckiej koperty, która była przywiązana do najbardziej okazałej róży w bukiecie. Ostrożnie rozłożyła kartkę i zaczęła czytać zawartość. Pobladła, a jej uśmiech przygasł. Widząc jej minę, nie mogłam powiedzieć, że nie zjadała mnie ciekawość. 

- Nadie? - zapytał wyczekująco Harry, ale jego głos wyrażał obawę.

- To jest ważne. Ale raczej nie chcecie wiedzieć - oznajmiła Nadie, odkładając kartkę. 

Była wstrząśnięta, widziałam to po jej twarzy i rozkojarzonych ruchach.

- Powiedz - westchnęłam zrezygnowana.

Czułam się, jakbym oczekiwała na wyrok. Nadie otworzyła usta, ale zaraz potem je zamknęła. Wyglądała, jakby zastanawiała się jakich słów powinna użyć. W końcu pokręciła jedynie bezradnie głową i powiedziała:

- Król Errdiel prosi cię o rękę.

Nie byłam pewna, kim to bardziej wstrząsnęło: mną, czy Harrym.
______________________________________________________________

Hej! 
Mam nadzieję, że spodobał Wam się rozdział! Trochę dramatycznie się pod koniec zrobiło hehe :D Co myślicie o takim obrocie spraw? Co z Angel i Liamem? Piszcie!

Jak tam święta Wam minęły? Chcę Wam życzyć wspaniałego Nowego Roku, wielu sukcesów i spełnienia postanowień oraz marzeń ;)

Pragnę Wam również bardzo podziękować za 315 tyś wyświetleń! Wow, to dla mnie zawsze ogormna duma, dziękuję, że jesteście! 
N.x

piątek, 1 września 2017

„Rozśpiewana Historia 2” Część 66


Jesteśmy przyjaciółmi na całe życie


***Perrie***
- Chce ktoś kawy? – zapytał Zayn, zbierając ze stołu nasze talerze po śniadaniu. 

Niall wyciągnął rękę w górę, zaraz potem zgłosiła chęć również Leigh-Anne, a także Ashton.

- Ja też poproszę. – Posłałam w stronę Malika czarujący uśmiech. 

Kiwnął głową i również się do mnie uśmiechnął. Nie mogłam oderwać od niego oczu.

- Ziemia do Perrie! – Leigh szturchnęła mnie w ramię.

- Co? – Przeniosłam na nią swój nieprzytomny wzrok.

- Pytałam, jak się czujesz? – powtórzyła, wywracając oczami.

- Wyśmienicie – westchnęłam, podpierając brodę na ręce.

- Nie o to pytałam – mruknęła zirytowana. 

Dopiero jej ton mnie nieco ocucił.

- A o co? – Starałam się jej pokazać, że poświęciłam jej już większą uwagę. 

Lee Lee odetchnęła i jeszcze raz powtórzyła:

- Czy nadal jest ci zimno? Czy ciągle czujesz w sobie coś palącego? Czy słyszysz Lerrodiela?

- Nie, nie, już wszystko w porządku. Naprawdę. Twój eliksir zadziałał – przytaknęłam, uśmiechając się lekko. 

Czułam się wolna, a przez chwilę nawet beztroska, dopóki nie przypomniałam sobie o Jade, która utknęła pod wodą oraz o nieprzytomnej Eleanor w szpitalu. Dopadły mnie okropne wyrzuty sumienia. Jak mogłam się tak zachowywać?

 – Przepraszam, że byłam dzisiaj taka roztrzęsiona. Trochę mi... odbiło.

- Odbiło? – powtórzył z rozbawieniem Ashton, który o mało nie zakrztusił się sokiem. Popatrzyłam na niego pytająco. – Cóż, ja bym to po prostu inaczej określił.

- Niby jak?

- Jest takie słowo na „z". - Wywrócił oczami i urwał tak, jakby liczył na to, że się domyślę, o co mu chodziło i nie będzie musiał tego mówić na głos.

- Zayn? – wypaliłam, na co ryknął śmiechem.

- Miałem na myśli „zakochanie", ale „Zayn" też pasuje – stwierdził, nie przestając się śmiać. 

Leigh również się zaczęła śmiać, a moje policzki nabrały rumieńców. 

- Czy ktoś mnie wołał? – Malik wyjrzał z kuchni z dzbankiem do ekspresu w ręce. 

Schowałam twarz w dłoniach, bo byłam cała czerwona ze wstydu, a także rozbawienia.

- Louis dzwoni, bądźcie cicho przez chwilę – rozkazał Niall i odebrał telefon. Zasłoniłam ręką usta, bo ciągle nie mogłam się uspokoić. – Hej, Lou, co tam? Co? Poczekaj, spokojnie...

- Co się stało? – Nagle całe rozbawienie mnie opuściło. 

Poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.

- Zaraz tam będziemy – powiedział do telefonu Niall i od razu się rozłączył. 

Wszyscy patrzyliśmy się na niego z przerażeniem, oczekując złych wieści.

- Czy... - wyjąkała Leigh, ale nie dokończyła.

Mój umysł zasypały wszystkie możliwe czarne scenariusze. Boże, błagam, tylko nie to...

- Eleanor się pogorszyło – oznajmił nam cichym głosem.

***

- Panna Calder jest już stabilna, na razie tylko tyle możemy zrobić – westchnął ciężko lekarz. 

Miał ogromne wory pod oczami i domyślałam się, że musiał mieć nocną zmianę i do tej pory był jeszcze w pracy. Pokiwałam głową ze zrozumieniem i podziękowałam.

- Czy możemy do niej wejść? – spytałam z nadzieją.

- Tak, proszę. Tylko nie wszyscy na raz. Jak już wcześniej mówiłem, rozmowy z pacjentką są najlepszym sposobem na jej szybszy powrót do zdrowia – oświadczył, po czym mnie przeprosił i udał się do innego chorego.

- Co powiedział lekarz? – Leigh doskoczyła do mnie, kiedy tylko znalazłam się w zasięgu jej wzroku.

- Jest stabilna – powtórzyłam słowa lekarza. 

Brzmiały jakoś tak pusto w moich ustach.

- Nie wiem, co się stało, mówiłem do niej jak zawsze – westchnął smutno Louis. 

Nie opuszczał Eleanor na krok. 
Jak mogłam być tak samolubna? To ja powinnam była tutaj przy niej siedzieć i jej pilnować. Powinnam była czekać, aż się obudzi i jako pierwsza ją uściskać. Byłam fatalną przyjaciółką. Czy w ogóle mogłam nazywać się jeszcze jej przyjaciółką?

- To nie twoja wina, Louisie. Eleanor zadecydowała o uratowaniu twojego życia, to cud, że udało się nam ją zatrzymać – powiedziała tonem bez wyrazu pani Kate. 

Dopadły mnie kolejne wyrzuty sumienia.

- Wyjdzie z tego? – spytałam tak cicho, że myślałam, iż nikt tego nie usłyszy. 

Miałam ściśnięte gardło i nie mogłam się tak odezwać, by nie wybuchnąć płaczem.

- Nie mam pojęcia. A nawet jeśli, Eleanor nie będzie już tą samą osobą – stwierdziła kobieta i spuściła głowę.

- Powinniśmy jej zaśpiewać – odezwała się Jesy nagle i stanowczo. 

Zapadła dziwna, krępująca cisza. Wiedziałam, że każdy miał gulę w gardle, co uniemożliwiało czyste śpiewanie. Jednak ktoś zebrał w sobie odwagę i w końcu ta okropna cisza została przerwana.

- We are friends for life
Hold that deep inside
Let this be your drive
To survive. – Leigh-Anne trząsł się głos, ale brzmiała pięknie. 

Słychać było szczerość płynącą prosto z serca. Następna powinna zaśpiewać Jade, ale jej brak znowu oddziałał na nas ponuro. Przeszłyśmy więc od razu do refrenu.

- We'll always be together,
Don't you worry.
I'll always be by your side,
Don't you worry.
The circle will never end,
Just know that we'll meet again
And we'll always be together forever always.
I am here. – Mój głos mnie zawodził, a cała się trzęsłam. 

Ta piosenka tak wiele dla nas znaczyła. Napisałyśmy ją dawno temu, gdy w którąś rocznicę śmierci rodziców Jade, ta nie miała już sił. Dodatkowo, Jesy miała wtedy problemy z kolanem, a ja byłam świeżo po operacji strun głosowych. Ta piosenka była naszą przysięgą, że choćbyśmy nie wiadomo w jakiej sytuacji się znalazły, zawsze będziemy razem.

- Find me in the sky
Dancing with the moon at night
Your heartbeat is disguised as my lullaby. – Gdy Jesy śpiewała, po jej policzkach spływały łzy. 

Pisząc o niebie, nie miałyśmy TEGO na myśli.

- Be happy and know that I'm
Watching you travel far and wide
Waiting for us to meet again. – Ja również nie mogłam dłużej powstrzymać łez. 

Zayn dyskretnie złapał mnie za rękę i ścisnął ją pocieszająco. To było jego zapewnienie, że nie byłam sama, że mogłam na niego liczyć. Miałam wrażenie, że El odeszła po prostu za daleko i teraz nie mogła znaleźć drogi powrotnej. Może śpiewając, naprowadzimy ją na właściwy kierunek?

- If you need me, yeah,
I'm in the wind, look for me friend.
I'm in the stars. – Wiedziałam, że Lee Lee wpadła dokładnie na ten sam pomysł, gdy zaśpiewała te wersy. 

Złapaliśmy się wszyscy razem za ręce i powtórzyliśmy refren, a potem jeszcze raz. Dołączyła się do nas nawet pani Kate, choć gardło miała zdarte od ciągłego leczącego śpiewu dla El. Utworzyliśmy krąg. Louis trzymał El za prawą rękę, a jej mama za lewą. Niall położył swoją dłoń na ramieniu pani Kate, a drugą ściskał Jesy. Potem kolejno była Leigh, ja, Zayn, Ashton, kończąc na Louisie. Parę pielęgniarek oraz pacjentów zebrało się za szybą na korytarzu i patrzyło na nas z smutnymi półuśmiechami. To była magiczna chwila.

- Kochamy cię, El. Czekamy na ciebie – powiedział szeptem Louis.

***

***Angelica***
- Skończyłeś już? – Wywróciłam oczami, gdy Liam musiał urwać swój wykład na temat mojej nieodpowiedzialności, by wziąć wdech.

- Angel, do ciebie nic nie dociera – stwierdził z rozżaleniem. 

Widziałam, że był zdenerwowany i najwidoczniej chyba już miał mnie dosyć. Postanowiłam zakończyć to raz na zawsze i sprawić, żeby w końcu coś w nim pękło. Żeby nie chciał mnie więcej widzieć.

- Nie, Liam. To do ciebie nic nie dociera! Jestem wampirem, cholera jasna! Będę gryzła ludzi, bo taka już moja natura! – niemal wykrzyczałam, zirytowana jego zachowaniem. Jakaś para popatrzyła na mnie, marszcząc brwi. – Nie, nie przesłyszeliście się. Będziecie następni! – krzyknęłam do nich, a natychmiast przyspieszyli kroku i się oddalili. 

Pewnie mieli mnie za wariatkę, ale mnie to po prostu bawiło.

- Angel – skarcił mnie Liam i posłał mi gniewne spojrzenie.

- Liam – sparodiowałam go, na co zaczęła mu pulsować żyłka na szyi. 

Słyszałam szybsze bicie jego serca. Wziął głębszy oddech na uspokojenie, zamknął oczy, po czym spojrzał na mnie łagodnie.

- Nie mam do ciebie wyrzutów o to, że gryziesz ludzi – odpowiedział spokojnie. 

I to zupełnie zbiło mnie z tropu.

- Nie? – zapytałam zdziwiona. 

Liam wydawał się być jeszcze bardziej zaskoczony moją reakcją.

- Oczywiście, że nie. A co myślałaś? – zamrugał zmieszany. 

Przez chwilę musiałam się zastanowić, o czym my w ogóle rozmawialiśmy, bo nie miałam pojęcia, co się właściwie stało.

- Ja... Nic nie... myślałam... - zaplątał mi się język. 

Wyprostowałam się jak struna, pierwszy raz w życiu czując się po prostu ogłupiała. Zawsze byłam panią sytuacji, wszystko kontrolowałam i wyprzedzałam wszystkich w rozumowaniu oraz wyciąganiu wniosków. A teraz?

- Nic nie myślałaś? – zaśmiał się Liam. – Ty?

Nic nie odpowiedziałam, czując się zażenowana. Chłopak przekrzywił głowę i posłał mi pobłażliwe spojrzenie.

- Angel, czy właśnie to cię niepokoiło? Że mamy cię za zabójcę? – Zbliżył się do mnie o krok, ale natychmiast się cofnęłam, by wydłużyć dystans między nami. 

Automatycznie pokręciłam głową, mimo że nawet nie wiedziałam, czy kłamałam, czy też nie.

Co chwilę otwierałam usta, by coś powiedzieć, uzasadnić swoje dziwne zachowanie, ale słowa za każdym razem zanikały nim zdążyłam ułożyć je w zdanie. Stałam więc w miejscu, jak ta idiotka, dopóki nie zauważyłam, że Liam zawstydził się. Wymamrotał coś tak cicho, że nawet mój wampirzy słuch ledwo rozróżnił jego słowa od szmeru.

- It took me some time but I figured out,
How to fix up a heart that I let down.*

- Co takiego? – Popatrzyłam na niego, jeszcze bardziej ogłupiała. 

Liam odetchnął ciężko i przełknął nerwowo ślinę, ale nie urwał ze mną kontaktu wzrokowego.

- Chyba już wiem, gdzie chodzą złamane serca – oznajmił cicho i widząc moją zdumioną minę, wyciągnął z tylnej kieszeni jeansów kartkę papieru poskładaną nierówno i nieschludnie. Przez chwilę miętosił ją w dłoniach, ale ostatecznie rozłożył ją, po czym wyciągnął ją w moją stronę. – To dla ciebie.

Na górze kartki wielkimi literami zapisany był tytuł piosenki „Where Do Broken Hearts Go?".
________________________________________________________________

*It took me some time but I figured out,
How to fix up a heart that I let down. - Zajęło mi to trochę czasu, ale zrozumiałem jak naprawić serce, które zawiodłem.
________________________________________________________________

No, kochani. Nie będę udawać, że nie płakałam, jak to pisałam. Ryczałam jak bóbr :')


Dzięki, że tyle czekaliście na nowy rozdział!

Dobre wieści: RH już całe pięknie poprawione i jestem dumna z rezultatu ♥ Nad RH2 jeszcze pracuję, chyba poprawiłam zaledwie 6 pierwszych rozdziałów i obawiam się, że w najbliższym czasie nie uda mi się dopieścić RH2, ale postaram się chociażby zaaktualizować ostatnią pisaną wersję z Wattpada. Dziękuję za Waszą cierpliwość :)

No i cóż, muszę się Wam pochwalić, że dokładnie za tydzień o tej porze będę już w Anglii czekać na rozpoczęcie roku uniwersyteckiego! Tak, dostałam się na studia w University of Derby na kierunek Journalism and Creative & Professional Writing (Dziennikarstwo i Kreatywne & Profesjonale Pisanie). Mam duże plany co do RH, tak w skrócie xD 
Studia są tak naprawdę powodem mojej kolejnej prawdopodobnej nieobecności, jednak postaram się zakończyć opowiadanie jak najszybciej, by i Was nie męczyć, i siebie. Trzeba w końcu wpaść na pomysł na coś nowego, nieprawdaż? ;)

Wasza Nicol (tak, ciągle żyję) <3