czwartek, 9 lipca 2015

„Rozśpiewana Historia” Inna Historia (one shot)

Inna Historia


***Jade***
- Dzieci, bierzcie szybko po jednej rzeczy. Musimy się spieszyć, już jesteśmy spóźnieni do taty – westchnęłam, patrząc na zegarek. – I przypominam: tylko JEDNA rzecz. Żadnych chipsów.

- Mamo, a mogę te kwaśne żelki? – Lizzy zrobiła dobrze mi znaną minę proszącego szczeniaczka.

- A chcesz znowu pójść do pani, która leczy ząbki? – zapytałam, idąc przez sklep. 

Oczywiście, nie mogłam sobie przypomnieć jedynej rzeczy, która wydawała się bardzo istotna. Wyciągnęłam z torebki listę zakupów i udałam się w kierunku regałów z makaronami.

- Nie - jęknęła dziewczynka.

- To tym razem wybierz sobie coś innego, dobrze? – poprosiłam.

- Chodź, kochanie. Ciocia Perrie ci pomoże. – Blondynka wzięła na ręce Lizzy i uśmiechnęła się szeroko.

- Ciocia jest mistrzem jeśli chodzi o słodycze – zaśmiałam się, a przyjaciółka pokazała mi język i odeszła, chichocząc z małą na ramionach. 

Oh, dzięki Bogu, że miałam przyjaciółki. Nie wiedziałam, jak dałabym sobie radę bez nich. Najpierw rozwód, teraz sprawa o alimenty... 
Eh, od początku powinnam była wiedzieć, że nic z tego nie będzie. Cóż, miałam dwójkę dzieci, które kochałam ponad wszystko i te maleństwa to jedyna pozytywna rzecz, która wyniknęła z naszego nieudanego małżeństwa.

- Mamo, tam są te lody, co pokazywali w telewizji i nie uwierzysz, ale...  - Nagle zza półki wyskoczył Matty.

- Nie ma mowy. Jest jesień, zaraz byś się przeziębił – ucięłam stanowczo.

- Ale mamo… - jęknął z niezadowoleniem.

- Powiedziałam nie. Wybierz coś innego, dobrze? Przecież nie chcesz leżeć w łóżku przez tydzień. Pamiętasz jak było ostatnio? - Posłałam mu łagodne spojrzenie, po czym się skupiłam na czytaniu etykietki makaronu tagliatelle.

- Okej, wezmę batona. – Wywrócił oczami i powłóczając nogami wrócił do przedziału ze słodyczami. 

Matthew miał dziesięć lat, a Elizabeth cztery. Chłopiec urodził się równo dziewięć miesięcy po ślubie. Przez pierwsze cztery lata w naszym małżeństwie działo się całkiem dobrze. Henry dorastał w pełnej, szczęśliwej rodzinie. 
Potem zaczęło się psuć. 
Kieran zaczął koncertować i bywało tak, że tygodniami nie bywało go w domu. Zostawałam sama z dzieckiem. Nie czułam się źle, bo zawsze widywałam się z przyjaciółkami, jednak gdy człowiek przebywał sam, to nachodziły go różne myśli. 
W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie kochałam Kierana tak, jak powinnam. Oglądając filmy, czytając książki, zrozumiałam, że w naszej relacji nie było nic romantycznego. Poczułam się z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu winna… Chciałam to naprawić. Chciałam się czuć, jak te wszystkie dziewczyny, które się uśmiechały, chodząc ze swoimi chłopakami za rękę. 
Gdy Kieran wrócił, bardzo się starałam poprawić naszą relację, ale ciągle coś było nie tak, ciągle coś nie pasowało. W którymś momencie okazało się, że będziemy mieć drugie dziecko. Zamiast się cieszyć, martwiłam się jak to wszystko się ułoży, co będzie dalej. Pomiędzy mną a Kieranem dochodziło do różnych spięć oraz kłótni praktycznie o wszystko. A potem on znowu wyjechał i wtedy zrozumiałam, że go nie kochałam tak, jak żona męża, jak dziewczyna chłopaka. Nigdy nie kochałam go w ten sposób. Był moim przyjacielem, tak bliskim, że niemal kochałam go jak brata, ale teraz już nawet nie mogłam go nazywać przyjacielem. 

Uznałam, że najlepiej będzie dla mnie i dla dzieci, jeżeli się rozejdziemy. Go i tak wiecznie nie było, Lizzy wychowywałaby się tak naprawdę bez ojca. Matty potrzebował autorytetu, a ja nie mogłam nim być, bo sama potrzebowałam wsparcia, pomocy. Przeprowadziliśmy się do Eleanor i jej narzeczonego- Danny’ego. Mieszkaliśmy tam przez trzy tygodnie, póki nie wrócił Kieran. Ja w tym czasie zdecydowałam się ostatecznie na rozwód i złożyłam odpowiednie papiery w sądzie. Codziennie spotykałam się z resztą dziewczyn- z Perrie, Leigh-Anne, Jesy. One zawsze mi pomagały, wspierały, zajmowały się Matty'm jak tylko była taka potrzeba. Mogłam na nie liczyć w każdej sytuacji, czego o Kieranie nie mogłam powiedzieć. Oficjalnie rozstaliśmy się rok później. Sprawa w sądzie została zamknięta, a ja byłam wolna. Choć nie obyło się niestety bez spięć.

- Żyjesz? – Perrie pomachała mi ręką przed oczami. Zamrugałam raptownie i się otrząsnęłam z zamyślenia.

- Tak, tak, przepraszam. Słucham?

- Lizzy koniecznie chce kwaśne żelki. Powiedziałam jej, że jeśli umyje potem zęby, to może wziąć paczkę. Zgadzasz się?

- Niech będzie. Szczypała? – Uśmiechnęłam się pod nosem i zerknęłam na listę. Jeszcze tylko potrzebowałam kartonik przecieru z pomidorów.

- Trochę. – Blondynka pokazała mocno zaczerwienione ramię i się zaśmiała.

- Pójdziesz już z dzieciakami do kasy? Muszę iść jeszcze po pomidory – poprosiłam. 

Przyjaciółka pokiwała głową i ruszyła z Lizzy na rękach szukać Matty'ego. Ja natomiast skierowałam się do działu naprzeciwko mrożonek w poszukiwaniu przecieru pomidorowego. Gdy go już znalazłam, westchnęłam ciężko. Oczywiście, znajdował się na najwyższej półce, a ja wzrostem nie grzeszyłam, w tym aspekcie byłam wręcz święta. 
Stanęłam na palcach i wyciągnęłam rękę tak wysoko, jak tylko potrafiłam.

- Pomóc? – Czyjaś ręka chwyciła upatrzony przeze mnie karton i podała mi go. 

Uśmiechnęłam się wdzięczna za ten miły gest.

- Dziękuję bardzo.

- Nie ma za co. Spaghetti? - spytał, wskazując na pomidory.

Zielone tęczówki wpatrywały się w moje oczy. Mój umysł jakby rozpoznał tą żywą zieleń, ale nie miałam pojęcia skąd.

- Pizza. – Uśmiechnęłam się. 

Zdałam sobie sprawę, że ciągle się gapiłam i musiało to wyglądać bardzo nie kulturalnie. Ale miałam wrażenie, że skądś znałam tego mężczyznę. Był wysoki i bardzo szczupły. Jego skóra była blada, policzki miał nieco zapadnięte, a głebokie cienie odznaczały się pod jego oczami. Wygądał na zmęczonego lub nawet na chorego. Długie włosy zebrał do tyłu i upiął w niedbałego, krótkiego kucyka.

- W takim razie życzę smacznego. – Kiwnął głową i zaczął powoli odchodzić.

- Przepraszam, czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? – Musiałam zapytać, nie potrafiłam się powstrzymać.

- Nie sądzę. Ale pewnie było by miło. – Uśmiechnął się i zniknął za regałem. 

Hm, ten uśmiech… Zielone oczy… Kręcone, brązowe włosy. 
Albo już go kiedyś widziałam, albo kogoś bardzo podobnego. Ta z pozoru normalna, niewinna sytuacja wywarła na mnie dziwne wrażenie. Coś w moim brzuchu mówiło mi, że powinnam jakoś zareagować. 

Wzruszyłam jednak ramionami i poszłam szybkim krokiem w kierunku kas. Perrie na mnie czekała podenerwowana przy kasie, a kolejka ludzi wydawała się być jeszcze bardziej zirytowana.

- Przepraszam – mruknęłam, przeciskając się do sprzedawczyni i podałam jej ostatnią rzecz do skasowania. 

Zapłaciłam, zabrałam zakupy i trzymając Matty'ego za rękę opuściłyśmy sklep. Idąc przez parking, dziwne uczucie ciągle na dawało mi spokoju.

- Kojarzysz może kogoś o zielonych oczach i kręconych włosach? – zapytałam Perrie. Liczyłąm, że miała lepszą pamięć do twarzy niż ja.

- Coś mi to mówi... Dołeczki w policzkach?

- Tak! – przytaknęłam energicznie. 

Schowałam zakupy do bagażnika, a potem zapięłam pas Matty'ego. Perrie usadowiła Lili w foteliku i również ją zapięła. Gdy dzieci nie mogły nas już usłyszeć, odezwała się ponownie, opierając o dach samochodu.

- A to nie jest czasem jeden z tych kretynów, przez których o mało nie straciłaś życia? Harry, prawda? Amor. El zaprosiła ich nawet na twój ślub, ale się nie pojawili.

- Rzeczywiście! – przypomniałam sobie.

Była ich piątka. Próbowali zdenerwować Pezz, więc zorganizowali śmiechu warte uprowadzenie El oraz mnie. Przez nich na nasz ślad trafił wampir- tropiciel, jeden z najniebezpieczniejszych odmian tego gatunku. Ugryzł mnie i mało nie przypłaciłam tego życiem. A potem ta grupa Śpiewaków pomogła nam się pozbyć tego wampira, a co było jeszcze dziwniejsze- zaprzyjaźniłyśmy się z nimi. Oh, szkoda, że nie skorzystali z zaproszenia na ślub, wspaniale by było się z nimi bawić na weselu po tych latach.

- A czemu pytasz? - Perrie przekrzywiła głowę i przyjrzała mi się badawczo.

- Właśnie wpadłam na tego Amora. Pomógł mi ściągnąć coś z wysokiej półki - wyjaśniłam.

- Cóż, szkoda że nie wpadł na twój ślub. Może ostrzegł by cię przed nieszczęśliwym związkiem z Kieranem? – zaśmiała się, a ja jej zawtórowałam, choć w głębi serca żałowałam, że tak się rzeczywiście nie stało. 

Usiadłam za kierownicą, Perrie zajęła miejsce pasażera i ruszyłam w kierunku starego domu. W każdą sobotę dzieci miały o piętnastej czas na spotkanie z tatą. Tak postanowił sąd i tego się trzymaliśmy. Nasze stosunki z Kieranem były teraz lekko mówiąc napięte. Nie potrafiliśmy przebywać ze sobą bez wszczynania kłótni.

- Ciekawe, co bym wtedy zrobiła. Wyobrażasz to sobie? Stoję przy ołtarzu, a ten Amor nagle wybiega i krzyczy, że to się dobrze nie skończy? – Nie wiedzieć czemu, rozbawiła mnie taka myśl.

- Pewnie bym się mocno wkurzyła za rozwalanie twojego ślubu. To by była katastrofa – zachichotała.

- To na pewno. A pamiętasz tego ich Lidera? Zayn, prawda? Rany, jak ty go nienawidziłaś. - Pokręciłam głową na samo wspomnienie.

- O matko, ten to dopiero mnie denerwował! Nie wiem, czy bym zniosła kolejne spotkanie z nim - stwierdziła, krzywiąc się.

- Czemu? Moim zdaniem do siebie pasujecie. – Spojrzałam na nią z rozbawieniem, gdy stanęłam na światłach.

- Jade, proszę! Nie prowokuj mnie – ostrzegła, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem.

- Kto to Zayn? – zapytał Matty.

- Stary przyjaciel twojej cioci – odpowiedziałam z uśmiechem igrającym na ustach, zerkając na synka w lusterku.

- Nie prawda! Chyba wróg – poprawiła Perrie.

- Mam w klasie koleżankę, nazywa się Diana Malik. Jej tata też ma na imię Zayn – opowiedział Matty, patrząc przez okno. Lizzy zdążyła już zasnąć z żelkami na brzuchu.

- Jaki ten świat mały, co nie, Perrie? – westchnęłam i pokręciłam głową. 

W myślach znów przywołałam obraz pary zielonych oczu. 
Miałam dziwne wrażenie, że coś mnie w życiu ominęło.

***

***Harry***
- Jesteś pewien? Coś dziwnie brzmisz. Może jednak przyjadę? Zabierzemy cię z Jeniffer na jakiś obiad albo... - mówił Louis, lecz nie mogłem go już dłużej słuchać. 

Cieszyłem się, że nie mógł zobaczyć, w jakim byłem stanie. Poprawiłem telefon przy uchu, przerywając mu w środku zdania.

- Nie, dzięki. To wasza rocznica, nie będę wam przeszkadzał. Bawcie się dobrze. Pozdrówcie dzieciaki. Pewnie Niall i Avalon się nimi dzisiaj zajmują pod waszą nieobecność? Ich też pozdrów. - Wysiliłem się na radosny ton, choć wiedziałem, że przyjaciel i tak przejrzał mnie na wylot. 

- Harry, nigdy nam nie przeszkadzasz. Jesteśmy rodziną. Wszyscy. Rozumiesz?

- Pamiętasz grupę Śpiewaków z Manchesteru? Żeby rozłościć ich Liderkę porwaliśmy jej przyjaciółki na całe popołudnie. A potem jedną z nich ugryzł wampir... - zmieniłem temat, czym prędzej.

- Ah, te ślicznotki! Rany, ta szatynka do teraz czasem mi się śni - zaśmiał się z nostalgią. - Elka? Jak jej tam było...

- El i Jade. Spotkałem tą drugą dzisiaj. W sklepie - przytaknąłem. - Ma dwójkę dzieci. 

- Jaki ten świat mały, nie? - zachichotał. - Rozmawiałeś z nią?

- Nie bardzo. - Wzruszyłem ramionami, choć nie mógł tego widzieć.

W tle usłyszałem podniesiony głos Jeniffer. Krzyczała coś o brudnych skarpetach i o tym, że byli już spóźnieni.

- Uh, stary, muszę kończyć. Trzymaj się. Widzimy się jutro, prawda? - zapytał pośpiesznie.

- Jasne. Na razie - przytaknąłem i się rozłączyłem.

Rzuciłem telefon na łóżko, ale się od niego odbił i wylądował na podłodze. Westchnąłem z irytacją. Oczywiście, nawet to mi nie wyszło. 

Po drugiej stronie prawie pustego pokoju z lustra patrzyło na mnie moje żałosne odbicie. Powinienem był wyrzucić tą pierdołę już dawno temu, ale wtedy w pomieszczeniu znajdowałoby się już tylko łóżko, stół i krzesło. Musiałem zachować jakieś pozory normalności. Jednak w tamtej chwili moje odbicie wywiercało mi dziurę w brzuchu.
Jak ja, do jasnej cholery, wyglądałem? 
Jak cień samego siebie. 
Schudłem tak bardzo, że ciuchy zwisały ze mnie niczym z wieszaka. Twarz była blada i szara, włosy tłuste i za długie. Oczy przekrwione. Usta popękane. 

Zanim się obejrzałem, doskoczyłem do lustra i przewróciłem je w nagłym ataku wściekłości. Rozległ się okropny trzask, a potem szkło rozsypało się po całym pokoju. Z furią podeptałem większe kawałki i rozkopałem je w każdy kąt pomieszczenia.

Miałem dość.
Byłem zmęczony udawaniem, że wszystko było w porządku.
Byłem zmęczony patrzeniem na szczęście oraz radość innych i wmawianiem sobie, że cieszyłem się razem z nimi.
Byłem zmęczony zazdrością, bezsennością, depresją i melancholią.
Byłem zmęczony obdarowywaniem miłością wszystkich, oprócz siebie. 
Miałem dość.

Z tą myślą udałem się do kuchni, skąd wygrzebałem opakowanie tabletek nasennych, a z lodówki wyciągnąłem w połowie pustą butelkę alkoholu. Będzie musiało wystarczyć.
Wróciłem do pokoju i położyłem się na łóżku. Wziąłem do ust lek i popiłem wódką, oblewając się nią przy okazji. 

Miałem zamiar po prostu uchlać się i zasnąć, ale naszła mnie niepokojąca, aczkolwiek kusząca myśl, która odwiedzała mnie od lat tuż przed snem. 
A gdyby się tak już nie obudzić?

Pragnąłem kochać. 
I pragnąłem, aby ktoś kochał mnie. 
Bezwarunkowo. Bezinteresownie. Szczerze. Głęboko. 
Klątwa była bezlitosna, nigdy nie spotkam swojej Przeznaczonej. Nigdy nie zobaczę jej uśmiechu, nigdy jej nie dotknę, nigdy nie usłyszę jej głosu. 
Będę sam do końca swojego marnego życia jako zgorzkniały staruch siedzący na utrzymaniu przyjaciół, którzy się nad nim litowali. 

Tak bardzo nie chciałem tak skończyć...

Ostatnią osobą, o której pomyślałem zanim odpłynąłem, była brązowooka dziewczyna, a raczej już kobieta. Dojrzała, ale nie straciła na urodzie. Wyglądała na doświadczoną życiem, nieco zmęczoną. Może jej też się nie układało? Może mieliśmy więcej wspólnego, niż myślałem? Czemu leżałem teraz i wspominałem jej piękny uśmiech? W takiej chwili?

- Jade... - wyszeptałem niemal bezgłośnie, by tylko móc wypowiedzieć jej imię. Wypróbować, jak leżałoby w moich ustach. 

Brzmiało chropowato i dziwnie. Może to była wina stanu, w jakim się znalazłem. 

- Gdziekolwiek jesteś... - wybełkotałem tak jak co wieczór, zapadając w sen - ...mam nadzieję, że nie cierpisz tak bardzo jak ja. Przeznaczona. 

Nie byłem pewien, czy się jeszcze obudzę. Nie miałem pojęcia, czy wziąłem resztę tabletek, czy nie. 
Walić to.
Dobranoc.

_________________________KONIEC______________________

Cześć!

Długo mnie tu nie było... A raczej postu. Ja byłam cały czas. 
Nie wiem nawet za bardzo co powiedzieć... Wena na to opowiadanie znikła, a pojawiła się na nowe. Teraz moje myśli idą z nowymi bohaterami, nową historią i trudno mi się skupić na tym, co tutaj. Przepraszam :(
Próbowałam wieeele razy napisać kolejny rozdział, ale w ogóle mi to nie wychodziło. I podczas mojego "gdybania" co by tu zrobić, naszły mnie myśli typu "co by było, gdyby Harry nie pojawił się na ślubie Jade i Kierana?" Tak więc powstał taki oto... bonus? Nie jestem pewna jak to można nazwać. Kolejnym rozdziałem to NIE jest, to tylko taki jednopartowiec nawiązujący do opowiadania :)

Mimo, że to kolejnym rozdziałem nie jest, a wiem jak bardzo na niego czekacie, to mam nadzieję, że się podobało. W planach mam jeszcze jeden taki "Co by było, gdyby...?" dotyczący fałszywego rytuału Avalon, podczas którego omal nie zabiła Jade. A co by było, gdyby Angelica się nie pojawiła? O tym przeczytacie już nie długo :)
A teraz w ramach wynagrodzenia chciałabym Was prosić abyście napisali swoje własne propozycje do "Co by było, gdyby...?" Napiszcie w komentarzach o czym chcielibyście przeczytać, gdyby jakaś sytuacja nie miała miejsca, gdyby coś się nie wydarzyło. Lub odwrotnie: gdyby coś się jednak stało. 

Cóż, pewnie jesteście ciekawi dlaczego akurat dzisiaj dodaję tego jednopartowca. Otóż dzisiaj są... II urodziny bloga. Tak, już całe dwa lata minęły. Cholera, głupio mi, że ostatnio tak zaniedbałam tego bloga :/ Mam nadzieję, że mi wybaczycie... 
Możecie pomóc mi przywrócić wenę na to opowiadanie! Wszystko w WASZYCH rękach! Jeśli nadal chcecie je czytać, to czekam na Wasze pomysły, retrospekcje, pytania... Ostatnio pytania do bohaterów bardzo mi pomogły. Chciałabym Was jeszcze raz przeprosić i ogromnie podziękować tym, którzy tu jeszcze zostali. Jesteście najlepsi!

Przepraszam także tych, którzy mogli się poczuć przeze mnie zapomniani, ponieważ daaawno już mnie nie było na Waszych blogach. Przepraszam Was mocno, ale liceum to naprawdę nie przelewki i ogrom pracy. Mam nadzieję, że w wakacje uda mi się nadrobić, to co straciłam przez te 2 miesiące... Jak na razie od samego zakończenia roku jestem gdzieś na wyjazdach, to tu, to tam, i jeszcze nie miałam czasu. Ale trzymajcie za mnie kciuki :)

Jeśli macie jakieś propozycje z okazji II urodzin bloga, to śmiało, z przyjemnością przeczytam i pokombinuję, by wcielić je w życie :3

Ściskam i całuję,
Wasza Nicol <3

sobota, 9 maja 2015

„Rozśpiewana Historia 2” Część 59



„Rozśpiewana Historia 2” Część 59



Naznaczona



****Perrie****



- Zostawcie mnie!!! Nie! Upadliście na głowę?! – krzyczałam. Było mi tak strasznie zimno, a oni chcą mnie wrzucić do lodowatej wody?!

- Perrie, masz wysoką gorączkę, musimy ją jakoś zbić. – starała się mnie uspokoić Jade. Przedtem płakała, mogłam to zobaczyć po jej przekrwionych oczach. Trzymała rękę na moim ramieniu, podczas gdy ja się zapierałam nogami, byle tylko nie dotknąć zimnej wody.

- NIE! – desperacko starałam się utrzymać ciało w górze. Z drugiej strony, to musiało wyglądać śmiesznie: trzy osoby próbują wepchać do wanny jedną dziewczynę.

- Nic ci nie będzie, to tylko woda. – Niall wydawał się być zdziwiony moim zachowaniem. On nie miał pojęcia jak strasznie zimno mi jest w tej chwili. Nie mogę wejść do tej wody! Zamarznę przecież!

- Chwila, coś tu jest nie tak. – na głos pielęgniarki- Lori – wszyscy zamarli w bezruchu i popatrzyli na nią – Perrie przy tak wysokiej gorączce nie powinna mieć tyle siły, tyle energii. Z punktu widzenia medycyny, powinna być ledwo przytomna.

- Możecie mnie proszę zabrać znad tej wanny? – poprosiłam zdenerwowanym głosem. Chciało mi się pić, w głowie mi szumiało i miałam dziwną ochotę wyjść z pomieszczenia, a potem udać się korytarzem w lewo.

- Zmierzę ci temperaturę jeszcze raz. – westchnęła Lori i poszła po termometr. Chrząknęłam znacząco na Zayna, który trzymał mnie mocno w talii.

- Oh, wybacz. – oprzytomniał i ściągnął mnie znad wanny. Kiedy tylko stanęłam na równe nogi ochota, by powędrować w nie do końca znanym mi kierunku, wzrosła.

Perrie…

- O nie. – złapałam się za głowę i skrzywiłam – Teraz jeszcze słyszę głosy!

- Co? Co się dzieje? – Jade uklękła koło mnie i położyła dłoń ponownie na moim ramieniu. Dopiero zauważyłam, że zwinęłam się w kulkę na podłodze. O matko, co on mi zrobił?! Co się ze mną dzieje?!

Moja droga, chodź do mnie.

- Muszę stąd wyjść. – nagle zerwałam się i wyprostowałam.

- Nie! – wrzasnęła Nadie i stanęła przed drzwiami osłaniając je własnym ciałem. Popatrzyłam na nią z uniesionymi brwiami. Co ona wyprawia?

- Nadie, spokojnie… - cała reszta była równie zdezorientowana co ja.

- Już wiem co jej jest. Perrie jest naznaczona. Przez niego. – powiedziała śmiertelnie poważnie. Lori upuściła termometr, który potłukł się na podłodze. Jade wstrzymała oddech. Zayn pobladł. A ja oczywiście wybuchłam śmiechem.

- Co takiego?

- Co to znaczy? – spytał Harry.

- Że Zayn nie zdążył… - powiedziała Lori zamiast Nadie.

- Czyli Perrie nie ma duszy? – wystraszył się Niall. W tym miejscu poczułam ucisk w gardle. Że co on mi zrobił?!

- Nie, nie. Ma duszę, może najwyżej malutki kawałek został skradziony. Zayn powstrzymał Lerrodiela, ale on zdążył wtargnąć do serca Perrie.

Chodź…

- Możecie jaśniej?! – wkurzyłam się. Było mi okropnie zimno. W głowie słyszałam jakieś szepty. I zaczynało mi się robić niedobrze.

- To znaczy, że cię naznaczył. Raczej nie spocznie, póki cię nie zdobędzie. Już posmakował twojej duszy, niewiele, ale wystarczająco. Teraz może próbować cię wołać, przyciągać do siebie. Dlatego bardzo ważne jest, abyś nie była nigdy tutaj sama.

- Czyli gdzie on teraz jest? Co jeśli on po mnie przyjdzie? – wystraszyłam się. Zaczęłam się trząść, ale nie pozwoliłam sobie na uronienie choćby łzy. Nie przy Zaynie.

- Spokojnie, zamknęliśmy go w lochach. Nie ma mowy, aby stamtąd wyszedł. Jesteś bezpieczna. – Jade przytuliła mnie.

- Ale nie ochronimy cię przed tobą samą. On będzie cię wołał, a ty możesz w końcu pójść za jego głosem. Nawet przez sen, nieświadomie. Ale postaramy się dopilnować, byś nigdy nie przebywała sama. – zapewniła Nadie.

- Przydzielę ci moich strażników. – uśmiechnęła się Jade pocieszająco, a ja niepewnie odwzajemniłam jej uśmiech.

- A ja nie zostawię cię samej. – odezwał się Zayn, a ja poczułam się jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody.

- Auć! – Jade odskoczyła ode mnie nagle.

- Co się stało? Jade? – Harry automatycznie znalazł się przy jej boku.

- Oparzenia? – zdziwiła się Lori i popatrzyła na mnie – To dlatego ci tak zimno!

- Nie rozumiem… - zamrugałam. Byłam przejęta tym co właśnie zrobiłam Jade. O rany, czy ja ją… poparzyłam?

- Perrie, spokojnie. To kolejny objaw naznaczenia. To normalne. – Lori powoli do mnie podchodziła, a ja się cofałam. O mój Boże, co ja zrobiłam? – Musisz się uspokoić…

- Nie, odsuńcie się ode mnie! – czułam coraz większy żar w sobie, a na zewnątrz- wręcz przeciwnie. Przez to, że się rozgrzewałam, było mi coraz zimniej w temperaturze pokojowej. Ciągle robiąc kroki w tył, w końcu trafiłam na drzwi. Harry przytulał Jade. Niall i Nadie patrzyli na mnie z dystansem. A Zayn z przerażeniem. Jestem potworem.

I wybiegłam.





****Louis****



- I wiesz, co się wtedy stało? – zaśmiałem się gorzko na koniec swojej historii – Wtedy sobie uświadomiłem, że nie mogę bez ciebie żyć. Że jesteś jasnym światłem, które pokazuje mi, w którą stronę mam iść. I chcę się tego trzymać. Ale teraz… Przygasłaś. Nie świecisz już tak jasno. Twój płomień walczy z wiatrem. Proszę, nie zostawiaj mnie. Bez ciebie się gubię. – potarłem lekko kciukiem jej bladą dłoń. Nawet się nie poruszyła.


- Lou, już jest późno. Musisz iść trochę odpocząć. Możesz wrócić z samego rana… - w drzwiach pojawił się Liam z Leigh-Anne.

- Jeszcze chwilę. – powiedziałem wpatrując się w twarz Eleanor. No dawaj. Dasz radę, teraz albo nigdy. Proszę, El…

- No już, chodź. Wrócimy jutro. – Liam położył mi dłoń na ramieniu. Dopiero zauważyłem jak bardzo bolą mnie plecy przez siedzenie na tym okropnym plastikowym krześle.

- Jutro. – powtórzyłem i nie odrywając oczu od dziewczyny na łóżku wyszedłem z sali.

- Angel. – Liam potrzasnął lekko dziewczyną, która spała na złączonych dwóch krzesłach. Zerwała się w jednej chwili.

- Tak jest!  Um, to znaczy… Już idziemy? – przetarła twarz dłońmi – Która godzina?

- Po północy. Tak, już idziemy. – odpowiedziała Leigh-Anne. Miała wielkie wory pod oczami. Cóż, boję się popatrzeć do lusterka i zobaczyć jak sam wyglądam. Pewnie dużo gorzej.

- Czyj to telefon? – zapytałem, gdy głośny dzwonek spowodował u mnie nagły ból głowy.

- Mój. – mruknął Ashton i wyciągnął urządzenie. Rozmawiał przez chwilę, a potem nagle stanął. Oczy miał szeroko otwarte, pobladł też lekko na twarzy.

- Co się dzieje? – zapytała Leigh-Anne, ale on nie odpowiedział. Nadal uważnie słuchał osoby po drugiej stronie.

- Nie jest dobrze. – oznajmił, gdy nareszcie się rozłączył.

- Co ty nie powiesz? – dziwne, że miałem jeszcze siły na sarkazm.

- Co się stało? – spytała Angelica.

- Perrie miała wypadek. Zaatakował ją… Wodnik? Chyba tak to nazwali. Wystąpiły jakieś skutki uboczne i teraz jak się zdenerwuje, to się nagrzewa. Chyba poparzyła Jade, o ile dobrze zrozumiałem. – mówił.

- Wodnicy? O rany, czyli oni też istnieją?! – Angel się ożywiła.

- Czekaj, jak to Perrie została zaatakowana? Coś jej się stało? – wystraszyła się Leigh-Anne – I kim są Wodnicy?

- Według legend kradną duszę. – powiedziała Angelica. Widocznie podobało jej się, że wiedziała o czymś, czego nie wiedział Liam.

- O nie! Musimy tam jechać! – przejęła się czarodziejka.

- Spokojnie, wszyscy się uspokójmy. – zarządził Liam – Ashton, czy mówili coś jeszcze?

- Nie, rozmawiałem tylko z Lukiem, a on też niewiele wiedział. Gdzie są wasze komórki? Ponoć nie mógł się do was dodzwonić.

- Ugh, zostawiłem w domu El. – westchnąłem sprawdzając kieszenie.

- Ja też. – mruknął Liam.

- Wracajmy po telefony i spróbujmy się dowiedzieć co się stało oraz co możemy zrobić. – zadecydowała Angel, a wszyscy jednogłośnie się zgodziliśmy.



*****


- Jak u ciebie? – spytałem Liama odkładając swój telefon.

- Ciągle brak sygnału. – westchnął. Była godzina dziewiąta. Spałem może z pięć lub sześć godzin od dwóch dni. Od telefonu Luke’a nie mogliśmy się już dodzwonić do żadnego z naszych przyjaciół.

- Dziękujemy za śniadanie, proszę pani. – uśmiechnął się lekko Ashton do pani Kate. Ona kiwnęła głową i posłała mu słaby uśmiech. Wczoraj przyszliśmy tutaj po swoje rzeczy, ale mama El poprosiła byśmy zostali tutaj na noc. Musieliśmy fatalnie wyglądać, bo troska wypisana była na jej twarzy.

- Ja pójdę teraz do szpitala. – oznajmiła i wstała od stołu.

- Ja też. – powiedziałem szybko. Liam już miał coś powiedzieć, ale nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Popatrzyliśmy skonsternowani na właścicielkę domu.

- Ja się nikogo nie spodziewam. – zrobiła zdziwioną minę.

- Może ja otworzę… - zaproponowała Leigh-Anne i zacisnęła dłonie w piąstki. Pomiędzy palcami przebiegły jej ledwo zauważalne czerwono-pomarańczowe iskry. Wszyscy w napięciu obserwowaliśmy jak ostrożnie otwiera drzwi.

- To tylko ja! – krzyknął blondyn odskakując do tyłu i zasłaniając się rękoma. Nadie również cofnęła się parę kroków.

- Niall! – ucieszyła się czarodziejka, a kule ognia zniknęły w powietrzu. Podbiegła do niego i objęła go mocno. – Przepraszam, nie wiedzieliśmy kto to może być. O rany, tak się martwiliśmy!

- Już dobrze. – zaśmiał się Niall i potarł lekko Leigh-Anne po plecach. Dziewczyna szybko się odsunęła z lekko spuszczoną głową.

- Nareszcie! Co z Perrie? Co się tam w ogóle dzieje? – zapytał Liam podchodząc do przyjaciela. Nastąpiła mała wymiana krótkich uścisków wszystkich ze wszystkimi. Rany, właśnie sobie uświadomiłem, ostatnio widziałem Nialla podczas bitwy w sali Najwyższego Trybunału!

- My w tej sprawie. Potrzebujemy was… Tam. Nie możemy znaleźć Perrie, myślimy, że Liam będzie mógł ją znaleźć za pomocą myśli. Musimy jak najszybciej wywieźć ją z Krainy Fal, by była daleko od Lerrodiela.

- Kogo? – popatrzyłem na niego jak na kretyna. Co o za głupie imię? Lerrodiel?

- To Wodnik, który zaatakował Perrie. Zayn ją uratował, ale ten Lerrodiel zdążył ukraść maleńki kawałek jej duszy. – wyjaśnił blondyn. Nadie trzymała się na uboczu i jak dotąd się nie odzywała.

- O Boże… I co z nią teraz? Jak ona się ma? – wystraszyła się Leigh-Anne.

- Ogółem nic jej nie jest poza podwyższoną temperaturą ciała… No i ciągle jej tam zimno, ponieważ potrzebuje teraz wyższej temperatury pokojowej i jeżeli szybko jej nie przeniesiemy, to może osłabnąć. A nawet zamarznąć. A co najgorsze, ten Wodnik zna smak duszy Perrie i zajmie mu dwie sekundy ją znaleźć i dorwać. A wtedy będzie bardzo, bardzo źle. Musimy ją trzymać w cieple i z dala od niego. Taki jest plan. – opowiedział wszystko prawie na jednym wydechu.

- Dobra. Znaleźć, przewieźć tutaj. Się robi. – przytaknął Liam.

- Nie. – odezwałem się – Ja nie mogę jechać. Muszę być przy El.

- Oh, Louis, przepraszam. Jasne, zostań. Co z nią? Wiadomo coś? Tak mi przykro… - w oczach blondyna mogłem dostrzec zrozumienie. Poczułem ciepło w brzuchu. Pewnie to on starał się mnie trochę pocieszyć.

- Na razie czekamy. Lekarze mówią, że najlepszym sposobem, by ktoś się wybudził ze śpiączki, jest rozmawianie. Cały czas tam siedzimy i mówimy do niej. Ale ona jeszcze nie nabrała sił. Mamy nadzieję, że za tydzień może się coś zmieni… - westchnąłem. Niall pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Jak tylko znajdziemy Perrie, to tu wrócimy wraz z nią. Może, gdy El usłyszy głos przyjaciółki to zacznie odzyskiwać przytomność.

- Tak… Dobra, idźcie jej szukać. Dzwońcie, jak ją już znajdziecie, zgoda? – poprosiłem.

- Zgoda. Trzymaj się. – Niall przybił mi jeszcze piątkę na pożegnanie i wraz z Leigh, Liamem oraz Nadie ruszyli w stronę plaży. Obróciłem się w stronę drzwi domu El i zauważyłem jak Angel nerwowo przebiera nogami. Podczas całej rozmowy nie odzywała się, tak jak Nadie.

- Niech zgadnę… Też byś chciała iść, hm? Ojej, jaka szkoda, że wampiry mają wstęp wzbroniony… - uśmiechnąłem się złośliwie. Pokazała mi kły i syknęła groźnie. Równało się to z pokazaniem środkowego palca.

- Wal się. – warknęła.

- To, że nie ma Liama, nie oznacza, że masz labę. Pamiętaj, obserwuję cię. – dalej się z nią przekomarzałem. Tym razem uraczyła mnie bardziej ludzkim gestem i oba środkowe palce uniosła w moją stronę. Zaśmiałem się i podążyłem za nią dalej ją denerwować. Trzeba mieć trochę rozrywki, prawda?



C.d.n…

__________________________________

Hej!

Przepraszam, że taki długi czas nic tutaj nie było. Przepraszam, że nie odwiedzam Waszych blogów i Was zaniedbuję... 
Ojej, naprawdę bardzo Was przepraszam :(
Trochę krucho u mnie z czasem. W liceum codziennie jakieś kartkówki, sprawdziany, nauka, lektura... Koszmar. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiecie i nie obrazicie się :/

Jak rozdział? Miałam zanik weny (stąd jakieś 3 tygodnie przerwy...), ale mam nadzieję, że już trochę przepchnęłam tą blokadę. Mam jeszcze opowiadanie na konkurs do napisania, więc... 
Trochę się dzieje u Perrie :) Mamy też troszeczkę Elounor. Obym sprostała Waszym wymaganiom :D
Piszcie co sądzicie, proszę ♥

Dobrej nocy i miłej niedzieli :)
Wasza Nicol <3

PS: Pytania do bohaterów zaktualizowane z mojego konta, w nawiasie jest napisane kto odpisuje :D Mam nadzieję, że wystarczy :P
PS2: Jak gify? U mnie nie działają, a u Was? :(

sobota, 18 kwietnia 2015

„Rozśpiewana Historia 2” Część 58



„Rozśpiewana Historia 2” Część 58

Płomienie

****Niall****

- Hej! – przywitałem się z Nadie, która stała koło stołu i piła sok. Odwróciła się i od razu uśmiechnęła.
- Cześć. – odpowiedziała – Jesteś głodny? Może chcesz coś do picia?
- Może być sok. – przytaknąłem, a ona kiwnęła lekko głową i nalała soku pomarańczowego do szklanki.
- Dziękuję. – powiedziałem, gdy podała mi do rąk naczynie – Um, Nadie? Kim oni są? Myślałem, że syreni nie istnieją…
- Syreni? – zamrugała oczami nie rozumiejąc o co chodzi.
- No wiesz, syreny-mężczyźni…
- Ah, nie. Nie ma czegoś takiego. – zaczęła się śmiać – Ci tutaj to Wodnicy. Przyjaźnimy się. Zawsze jak koronowana jest nowa Najpiękniejsza lub nowy Król Wodników to urządzamy bale i się zapraszamy nawzajem. Rozumiesz, bale są fajniejsze, gdy ma się partnera do tańca.
- Oh… - westchnąłem mierząc wzrokiem jednego z chłopaków ubranych w niebieskie garnitury – Niech zgadnę. Waszym uroczystym kolorem jest biel, a u nich niebieski?
- Tak. W sumie, jakby się uprzeć to Wodników można nazwać syrenami-mężczyznami. Tylko nie żyjemy razem, zazwyczaj też się nie łączymy w pary. No i oni nie mają ogonów. – zaśmiała się – Oni mają inne prawa, inaczej patrzą na pewne sprawy. Żyjemy w zgodzie po podpisaniu traktatu pokoju w 1689 roku. Nasz sposób życia się trochę różni… Stąd się brały różne konflikty.
- Czyli jednak nie syreni-mężczyźni? Z tego, co mówisz wynika, że są istotne różnice pomiędzy wami. – zauważyłem.
- Tak. – uśmiechnęła się i upiła trochę soku.
- Piękna dama raczyłaby przyjąć mą prośbę do tańca? – blondyn w błękitnym garniturze ukłonił się wystawiając dłoń w stronę Nadie. Podniósł głowę i uśmiechnął się pokazując równe, białe zęby. Cholera, muszę przyznać, że był przystojny… Aura Nadie się naprężyła.
- Oh, dziękuję, ale… - Nadie się zarumieniła i popatrzyła niepewnie na mnie – Rozmawiam teraz z przyjacielem.
- Rozmowa może poczekać, a piosenka ucieka. – Pan Niebieski ujął dłoń Nadie. Jego aura wyrażała pewność siebie, ale mogłem dostrzec gdzieniegdzie egoizm. Zauważyłem również niebezpieczeństwo.
- Olivier, nie mam ochoty na tańce. – powiedziała brązowowłosa patrząc pewnie w oczy blondyna – Znajdź inną partnerkę.
Chłopakowi zszedł uśmiech z twarzy, a oczy zasnuł gniew. Puścił rękę Nadie i odszedł szybkim krokiem.
- Co to było? – zapytałem patrząc za nieznajomym. Cóż, mogę już powiedzieć, że nie przepadam za Wodnikami.
- Wodnicy mają moc manipulacji, naginają twoją wolę. Są też bardzo przystojni, co im pomaga nakłonić cię do zrobienia tego, czego one chcą. Znam Oliviera od bardzo dawna, może nawet od dziecka, przyjaźniliśmy się. Ale… Cóż, podstawowa różnica pomiędzy Wodnikami, a syrenami? Syreny dążą do cielesności ze swoimi ofiarami. Dla Wodników najważniejsza jest dusza. Musiałam przestać się z nim spotykać, bo zaczął mi ją kraść.
- Duszę? Ale jak to? – poczułem się, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę. Przerażające…
- Po prostu. Kiedy się zorientują, że któregoś z nich lubisz, już po tobie. Kradną ją dotykiem, kawałek po kawałku. Gardzą czymś takim jak fizyczne doznania. Oni pragną czegoś, co jest nieśmiertelne, trwałe, najcenniejsze. Tak jak oni. Syreny robią, co robią, by przeżyć. Nie jesteśmy długowieczne, no i musimy się rozmnażać. A Wodnicy nie.
- O rany, a wy pozwalacie im tutaj przychodzić?! – byłem w szoku.
- Cóż, trzeba utrzymywać dobre kontakty. Nie chcemy wojny, a nasze szanse są raczej marne, gdyby do tego doszło. Wspólna zabawa to nic złego, zwłaszcza, że dokładnie znamy niebezpieczeństwo. Nie narażamy się.
- Ale moi znajomi nie znają niebezpieczeństwa! – podniosłem głos i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu przyjaciół.
- Ciszej! Jakby cię usłyszeli to… Eh, nie ważne. Znajdźmy twoich przyjaciół. – złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę tłumu.


****Perrie****

- Gdzie jest Niall? Widział go ktoś? – zapytałam nerwowo. Tylko jeszcze on nie wie o Eleanor. Czuję się w obowiązku poinformować go o złych wieściach.
- Od wczoraj go nie widziałem… A Zayn? Wie? – spytał Harry.
- Tak. Jesy również. Tylko gdzieś ją zgubiłam… - obejrzałam się wokół siebie. Wszędzie tylko ta głupia biel i błękit. Jak mamy kogokolwiek tutaj znaleźć?! Uh, muszę się uspokoić. Wdech, wydech. Nie mogę sobie pozwolić na załamanie, choćby najmniejsze. Nie teraz.
- Muzyka znów gra. Minęła godzina. – zauważyła Jade. Przytaknęłam zamyślona. Gdzie mógłby być blondyn?
- Przepraszam, iż przeszkadzam, ale nie mogłem się powstrzymać. Czy mógłbym prosić waszą piękność do tańca? – poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłam się zaskoczona. Myślałam, że mówi do Jade.
- Oh… Uh… - wydukałam widząc wysokiego bruneta przede mną. Miał brązowe, ciepłe oczy i włosy tak ciemne, jak noc. Kilkudniowy zarost wyszczuplał mu twarz. Był nieziemsko przystojny i wyglądał bosko w błękitnym garniturze. Patrzył na mnie z lekkim uśmiechem igrającym na ustach i poświęcił mi całą swoją uwagę.
- Perrie. – szepnęła Jade, dyskretnie dźgając mnie palcem w plecy. Otrząsnęłam się i w myślach podziękowałam przyjaciółce. Jednak ruch za mną nie uszedł uwagi przystojnemu nieznajomemu. Pobladł lekko i pochylił głowę.
- Jaśnie Pani. Wybaczy mi Pani brak powitania? Jestem okrutnie zażenowany, ale pańska piękna przyjaciółka kompletnie zajęła me myśli. Najmocniej przepraszam, Wasza Wysokość. – ukłonił się i spojrzał na nią z powalającym uśmiechem – Pozwoli Pani oddalić się swej znajomej wraz ze mną?
- Proszę się nie kłaniać, ja… - wydukała Jade i popatrzyła na mnie nerwowo nie wiedząc co odpowiedzieć. Zauważyłam jak Harry się wyprostował i zmniejszył dystans między nim, a Jade. Jego oczy błysnęły czerwienią.
- Proszę, zgódź się. Będę czuł się zaszczycony, jeśli uraczysz mnie choć odrobiną uwagi na chwilę swego cennego czasu. – zwrócił się do mnie. Moje policzki się rozgrzały. Przez myśl przeszedł mi Zayn… Nie. To koniec. Nie zamierzam więcej o nim myśleć.
- Jeden taniec. Potem muszę wracać do Najpiękniejszej. – uśmiechnęłam się słabo. Nie miałam ochoty tańczyć, głównie ze względu na Eleanor. Jak mogłabym się teraz bawić, kiedy ona tam gdzieś leży i walczy o życie? Nie odmówiłam z grzeczności. Ale poznanie kogoś nowego na pewno źle mi nie posłuży...
- Oczywiście, jak sobie pani życzy. Jestem rad, że poświęci mi pani tą piosenkę. – ujął moją dłoń patrząc mi prosto w oczy. Nie mogłam odwrócić od niego wzroku, nawet nie wiem, kiedy znalazłam się już na środku sali. Pamiętam tylko jego oczy…
- Zawsze mnie dziwiło, że najsilniejsza spośród was nosi miano „Najpiękniejszej”… Prawdziwą najpiękniejszą mam przed sobą. – powiedział i położył jedną rękę na mojej talii, a drugą, splecioną z moją, uniósł w górę. Poczułam, jak od miejsc, w których mnie dotyka, rozprzestrzenia się miłe ciepło. Sunęło w górę ramienia, rozpływało się po plecach… To było takie przyjemne… Uśmiechnęłam się leniwie i przymknęłam powieki.
- Jak masz na imię, piękna? – zbliżył się i powiedział to wprost do mojego ucha. Ułożył drugą dłoń na mojej talii, a moje ręce znalazły się na jego ramionach. Kołysaliśmy się lekko w rytm cudownej, delikatnej muzyki. Ciepło było już w czubkach moich palców u nóg. Czułam, że jest coraz gorętsze. Tylko jedno miejsce pozostawało zimne, o wiele wolniej się rozgrzewało.

- Perrie. – spojrzałam na niego. Jak mu się udało wprowadzić mnie w taki dobry nastrój w zaledwie kilka minut? To wręcz podejrzane… Gdy przesunął lekko ręką po moim boku, te myśli odeszły w zapomnienie. Było tylko więcej ciepła. – A ty?
- Me imię nie dorównuje twojemu nawet w najmniejszym calu. – jego głos powodował u mnie ciarki. Coś mi nie grało, dziwnie się czułam. Jedna strona mnie krzyczała: „nie przestawaj!”, za to druga szeptała zastanawiająco: „odsuń się ode mnie”. – Jam jest Lerrodiel.
- Lerrodiel? – powtórzyłam rozkojarzona. Co to za imię? Ojej, zrobiło mi się duszno.
- Mhm. – mruknął zmysłowo przytulając się do mnie i całkiem obejmując mnie ramionami. Nie mogłam utrzymać otwartych oczu. Było mi tak ciepło, tak dobrze, tak przyjemnie… Hm, chyba nie dotykam stopami ziemi. Dziwne. Zaraz, czy on gdzieś ze mną idzie? Nie ważne, liczyła się teraz tylko jego obecność. To w jaki sposób ogrzewał moje ciało było fantastyczne.
- Gdzie idziemy? – wyszeptałam mocniej obejmując jego szyję. Brakowało mi trochę powietrza. Nagle zauważyłam, że palce mnie parzą.
- Perrie! – jakby z baaardzo daleka usłyszałam czyjeś wołanie. Chciałam otworzyć oczy i zobaczyć co się dzieje, ale Lerrodiel mocniej przycisnął swoje palce do mojego ciała. Oczekiwałam więcej przyjemnego ciepła, ale to się nie zdarzyło. Czułam, jakbym zaczęła płonąć. Ogień, gorący ogień, zaczął niebezpiecznie sunąć z dołu moich pleców, tam gdzie mnie trzymał, ku górze. To bolało. BARDZO.
- Puść… mnie… - od razu otworzyłam oczy szeroko z przerażenia, które ogarnęło mnie w jednej chwili. Nie byłam pewna, czy wydałam z siebie jakikolwiek dźwięk i czy zrozumiał co chciałam powiedzieć. Ba, chciałam krzyczeć! Ale gorąco kompletnie opustoszyło moje płuca, nie miałam czym oddychać. Nie znajdowaliśmy się w sali balowej. Byliśmy na jednym z pustych korytarzy.
- Puść ją, w tej chwili. – rozkazał Zayn najgroźniejszym głosem, jaki w życiu słyszałam. Stał za Lerrodielem wraz z Niallem i Nadie, więc tylko ja mogłam ich zobaczyć. Trzymał w ręku jakąś deskę i Bóg tylko wie, skąd ją wytrzasnął. Lerrodiel zupełnie go olał. Płomienie zbliżyły się do mojego serca i musnęły je raz. I od tej jakby chwili świat zwolnił. Zaczęłam krzyczeć z bólu. Nie, drzeć się wniebogłosy. Zayn uniósł deskę, zamachnął się i uderzył Lerrodiela w głowę. Siła uderzenia odrzuciła go w bok i chcąc, nie chcąc musiał mnie puścić. Wylądowałam na zimnej jak lód posadzce. A może to ja byłam taka rozpalona?
- O mój Boże! – wrzasnęła Nadie i do mnie podbiegła. Było mi gorąco, piekielnie gorąco, ale zaczęłam odzyskiwać oddech. Płomienie szalejące we mnie zniknęły wraz z brakiem dotyku Lerrodiela, lecz okropne ciepło niestety stopniowo opuszczało moje ciało. Było mi gorąco i zimno jednocześnie. Nawet zapragnęłam, aby te płomienie wróciły, bo odczuwałam chłodną pustkę…
- Zdążyłeś w ostatniej chwili. – Nadie zwróciła się do Zayna, odetchnąwszy z ulgą. Serio? Chyba jednak za późno... Tracę przytomność...

C.d.n…

________________________________________________

Hiiii! 

Oto nowy rozdział! Mam nadzieję, że podobał się Wam tak jak mi :) Bo szczerze mówiąc, to jeden z rozdziałów, które mi się rewelacyjnie pisało! Jestem z niego zadowolona ^^ 
Zayn wybawca :3 Niadiall = ekipa ratunkowa :D
Byłabym Wam OGROMNIE wdzięczna, gdybyście wyrazili mi swoją opinię w formie komentarza :) Dziękuję!!! 

Woah, ostatnio dziękowałam za 200 tyś, a teraz mamy już 205! Jesteście cudowni!!! ♥ Moje słowa nie mogą wyrazić, jak bardzo jestem Wam wdzięczna za wszystko, co dla mnie robicie. Jesteście najlepsi!!! :)

Mam nadzieję, że gify działają. U mnie nie, więc byłoby super gdybyście dali mi znać :D Z laptopem ani lepiej, ani gorzej więc... Musi wystarczyć to, co jest :P

Louis i jego własna wytwórnia muzyczna? 3 x TAK!!! Jestem z niego taka dumna, ciągle walczy o swoje marzenia i do tego teraz będzie spełniać marzenia innych! Czy to nie jest piękne? :) CO Wy o tym myślicie?

Życzę Wam udanej niedzieli i słodkich snów ;) Kocham Was mooocno!
Nicol <3 

PS: Odpowiem na pytania do bohaterów jak tylko będę mogła :( Przepraszam Was najmocniej za te usterki. Naprawdę nie mam pojęcia, co się dzieje z tym komputerem! ;-;